Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polka w barcelonie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polka w barcelonie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lipca 2017

Dzień z życia w Barcelonie





Otwieram oczy i spoglądam zaspanym wzrokiem na zegarek. Wskazówki pokazują dziewiątą. Odwracam się, aby rozkoszować się przez chwilę widokiem śpiącego obok partnera, jednak dostrzegam, że on również już nie śpi i przegląda na telefonie poranne wiadomości. Nie zaskakuje mnie to, Alberto przyzwyczajony codziennym rytmem wstawania do pracy nawet w weekend budzi się po ósmej. Pół godziny później, ubrani i orzeźwieni chłodną wodą z prysznica witamy w kuchni rodziców Alberto, którzy przyjechali w odwiedziny. Zwracam się do nich po imieniu. W Hiszpanii nie ma zwyczaju nazywania teściów mamo/tato i do dziś pamiętam zaskoczoną twarz Alberto, gdy powiedziałam mu o takiej polskiej tradycji. Na śniadanie robię sobie zbożową kawę i smaruję kanapkę serkiem topionym, gdy w tym samym czasie hiszpańska część towarzystwa nalewa do szklanek świeży, pomarańczowy sok i wykłada na stół kupione z rana chrupiące, słodkie croissanty. Rodzice Alberto zaproponowaliby pewnie, abyśmy śniadanie skonsumowali w kawiarence za rogiem, dobrze znany hiszpański rytuał, gdyby nie fakt, że ich wnuczek postanowił dzisiaj wyjątkowo dłużej pospać.

Tej soboty dostaliśmy zaproszenie na urodziny przyjaciela, który zarezerwował miejsce w restauracji i zaprosił wszystkich na uroczysty obiad. A przynajmniej mi wydawało się, że będzie uroczysty, skoro na zwykły, urodzinowy obiad zabiera nas do lokalu. Uroczysty bynajmniej nie był, zwyczajne spotkanie grona przyjaciół przy paru piwach i Menú del Día. Zaśmiałam się w duchu, powinnam bowiem przywyknąć już, że Hiszpanie nie mają w zwyczaju zapraszać się do domów i tego typu święta celebrują na zewnątrz, co wcale nie musi nadawać im królewskiej atmosfery. Stanowiliśmy sporą grupę i słychać nas było na pewno nawet w restauracji obok, jednakże nikomu to nie przeszkadzało, a inni goście restauracyjni momentami przyłączali się do głośnych żartów. Ci, którym piwo zaszumiało już lekko w głowie prosili, abym tłumaczyła dane zdania na polski i łapali się za głowę, gdy nie byli w stanie powtórzyć poprawnie większości z nich. Przy każdym spotkaniu pojawiają się też nowe pytania na temat ciekawostek z Polski i przez pewien czas znajduję się w centrum uwagi, co dla mnie – osoby dość nieśmiałej, nie jest to sytuacja nadzwyczaj komfortowa. Hiszpanie słyną ze swej bezpośredniości, dlatego w rozmowach pojawiają się przeróżne i nawet najbardziej zaskakujące tematy.

Nie byliśmy jedyną parą z niemowlakiem. Wieloletni przyjaciel Alberto przyszedł z roczną córeczką. Podczas, gdy mężczyźni zajęli się wiwatowaniem piłkarskich sztuczek Messiego widocznych na dużym ekranie wiszącego naprzeciwko nas telewizora, ja zajęłam się rozmową z mamą wspomnianej dziewczynki. Ze zdziwieniem pytała, dlaczego jeszcze nie pracuję, w Hiszpanii urlop macierzyński trwa jedyne cztery miesiące. Nie mogła uwierzyć i z zazdrością chwaliła ideę tak długiego okresu urlopu macierzyńskiego, jaką mamy w Polsce. 

Robiło się coraz później, a na stole brakowało już miejsca na donoszone wciąż przekąski i szklanki z piwem. Niedługo po tym solenizant wstając, aby lepiej go było słychać, zaprosił wszystkich na kilka drinków w pobliskim barze. Synek robił się już marudny, więc niestety musieliśmy podziękować i odprowadzając zgromadzenie do wspomnianego lokalu, pożegnaliśmy się z przyjaciółmi. Owo pożegnanie jak przystało na prawdziwego Hiszpana trwało całych pięć minut, a zwrot do zobaczenia padł przynajmniej cztery razy. 

W domu zastaliśmy wyjątkową ciszę, by po chwili zorientować się, że teść, w końcu Andaluzyjczyk, nie marnował czasu sjesty i smaczne pochrapywał na sofie w salonie w trakcie, gdy teściowa zajmowała się czymś w kuchni. Za oknem paliło słońce, z ulgą odetchnęliśmy więc w klimatyzowanym mieszkaniu, które choć na chwilę dało uczucie ochłody. Zajrzałam do kuchni i zapytałam kobietę, czy potrzebuje pomocnych rąk. Uśmiechnęła się i uprzejmie podziękowała. Z nas obojga, to ja znajduję się w bardziej komfortowej sytuacji niż Alberto, ponieważ bez problemu porozumiewam się zarówno z jego rodziną, jak i z przyjaciółmi. Wizytując natomiast Polskę robię za tłumacza. Niemiłe komentarze stereotypowego myślenia na temat gorącego usposobienia Hiszpanów i pewnej jak w banku zdrady, zostawiam jednak dla siebie. 

Dochodzi wieczór, mały już śpi. Mama Alberto znów krząta się po kuchni protestując, gdy próbuję jej w czymś pomóc. Do kolacji zasiadamy po godzinie 22, a na talerzach wyłożone mamy steki wieprzowe w towarzystwie warzyw. Na stole nie może zabraknąć wina, wody i pokrojonej świeżej bagietki, która mimo później pory wciąż jest jeszcze ciepła, wyjęta ze sklepowego pieca zaledwie parę minut przed zakupem. Dziś robię wyjątek i ze względu na gości dołączam się do później i tak sytej kolacji. Gdy jesteśmy sami, stosuję polskie praktyki i na kolację, którą spożywam nie później niż o 20, szykuję sobie zwykłą kanapkę i gorącą herbatę. Po skończonym posiłku zbieram ze stołu talerze i widzę, jak teść zakłada buty i wybiera się, jak prawie co wieczór do jednego z barów na szybką szklaneczkę piwa na lepszy sen. 

Zmęczona dniem pełnym wrażeń kładę się do łóżka i biorę w dłoń jedną z książek z mej, ku memu ubolewaniu, niewielkiej polskiej biblioteczki. Zasiedzieliśmy się do późna, stąd oglądanie ulubionego serialu odkładamy na jutro. Alberto chwyta joystick od PlayStation i zatapia się w pełnej emocji grze w Fifę. Nie minęło dużo czasu, jak poczułam opadające ociężale powieki. Odkąd jestem mamą zdarza się to często, ponieważ jak można się domyślić, chodzę niewyspana. Po chwili poddaje się uczuciu zmęczenia i zapadam w głęboki sen. Jak się później okazało, niedługo po tym Alberto odłożył książkę, która wysunęła mi się z rąk i zasnął przy moim boku.

Tak wygląda mój, no może nie tak do końca typowy dzień w Hiszpanii, ponieważ nie codziennie zapraszani jesteśmy do restauracji, a wizyt rodziny ze względu na ogromne odległości również doświadczamy dość rzadko. Wybrałam więc odrobinę ciekawszy dzień, od tego codziennego, rutynowego, aby przy okazji ukazać Wam specyfikę mojego życia w Barcelonie, relacji z hiszpańską rodziną oraz typowych dla Hiszpanów zachowań.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Okiem Polki - postrzeganie Hiszpanii z perspektywy czasu





Swoją pierwszą wizytę w Hiszpanii zaliczyłam, gdy miałam 16 lat. Od tej pory spędzałam tutaj wiele urlopów i wakacji. Z dniem przeprowadzki do Barcelony Hiszpania nie była mi więc obcym krajem. Każdy chyba zgodzi się jednak, że wakacje nijak mają się do codziennego życia i mimo, iż byłam w stanie poznać niektóre zwyczaje, czy dowiedzieć się nieco o tym kraju przebywając w nim raz na jakiś czas, faktyczne życie zaskoczyło mnie jednak w kilku aspektach i przyłapałam się na tym, iż kilka razy kierowałam się stereotypami. Jesteście ciekawi, jak zmieniło się moje postrzeganie Hiszpanii, a zwłaszcza Barcelony odkąd pojawiłam się tu po raz pierwszy? Zapraszam do lektury.

NIEPODLEGŁOŚĆ KATALONII

Chyba największym zaskoczeniem była dla mnie tak silna potrzeba Katalończyków odłączenia się od reszty Hiszpanii. Oczywiście zdawałam sobie wcześniej sprawę z tego, iż walczą oni o niepodległość, lubują się w swoim języku i kulturze, ale nie spodziewałam się, że na tak dużą skalę. Myślałam, że kataloński jest raczej dodatkiem, a nie tak mocno podkreślanym pierwszym językiem. Przekonanie to narodziło się być może przez fakt spędzania wielu wakacji w Kraju Basków, który również posiada swój własny język – baskijski, a jednak bardzo rzadko miałam okazję usłyszeć go na ulicach (a może nie przywiązywałam uwagi?) i tam, gdzie się poruszałam używało się głównie hiszpańskiego. Zaskoczył mnie więc fakt, że wszystkie dokumenty, napisy, ogłoszenia… pisane są po katalońsku i że na studiach tylko w przypadku niektórych przedmiotów miałam możliwość wyboru języka miedzy hiszpańskim, a katalońskim.  Teraz już wiem, że nie opowiada się bajek mówiąc o tym, że Katalonia to praktycznie nie jest Hiszpania, ponieważ sami jej mieszkańcy często to podkreślają i lubią tę swoją odrębność. 

WIECZNIE UŚMIECHNIĘCI HISZPANIE

To jeden z najczęściej słyszanych stereotypów. Ja również kiedyś tak myślałam, bo Hiszpanów znałam głównie z wakacyjnych wojaży. Oczywiście jest w tym sporo prawdy, Hiszpanie bez wątpienia należą do radosnego narodu i na pewno uśmiechają się częściej niż Polacy, aczkolwiek założenie, że uśmiech nie schodzi z ich twarzy oraz że zawsze i wszędzie są mili jest błędne. Kiedy spotykały mnie nieprzyjemne sytuacje w Polsce, myślałam sobie naiwnie „W Hiszpanii taka scena nie miałaby miejsca”. Szybko przekonałam się, że w Barcelonie również trafiają się niemili kierowcy autobusów, zrzędliwie ekspedientki i niekompetentni urzędnicy. Nadal uważam, że Hiszpanie to bardzo wesołe osoby, które do życia podchodzą z pozytywnym nastawieniem, jednak nie daję się zwieść pozorom i wiem, że tutaj również moja cierpliwość bywa wystawiana na próbę. 

OPIEKA ZDROWOTNA

O opiece zdrowotnej nie wiedziałam zbyt wiele. Kto bowiem bawi się w zgłębianie tego tematu ot tak, z przyjemności? Dopiero, gdy wiedziałam, że mój kolejny pobyt w Barcelonie z założenia miał być tym ostatecznym – stałym, zaczęłam szperać w informacjach. Rozrywkowość Hiszpanów nie przekłada się na szczęście na ich podejście do opieki zdrowotnej. Kompetencja i postawa lekarzy były miłym zaskoczeniem. Bardzo przyjemnie wspominam pobyt w szpitalu podczas porodu. Przyjemnie oczywiście pod względem przyjęcia mnie przez położne i doktorów, bóle i krzyki przyjemne już nie były. Niedawno partnerowi dokuczała pewna dolegliwość, udał się więc do przychodni, w której na miejscu w ciągu jednej godziny zrobiono mu mnóstwo badań, aby upewnić się, że wszystko było w porządku. Czego spodziewałabym się najmniej to fakt, iż kobiety w ciąży oraz dzieci mają w razie potrzeby zapewnione darmowe leczenie bez względu na pochodzenie i brak dokumentów. Uważam to za ogromną zaletę tego kraju. 


FIESTA, FIESTA I JESZCZE RAZ FIESTA

Hiszpania chyba każdemu kojarzy się z wieczną imprezą. Tak było też i w moim przypadku. Wyjeżdżając na wakacje do Hiszpanii nie mogłam nie korzystać z okazji do świetnej zabawy, bo kto jak kto, ale Hiszpanie bawić się umieją. Pobyt na Erasmusie również więcej miał w sobie zabawy, niż samej nauki i siedzenia przy książkach. Erasmusa jednak nie można porównać do normalnego życia za granicą i dopiero, gdy zamieszkałam w Barcelonie na stałe, zrozumiałam, że Hiszpania to nie tylko same imprezy. Co więcej wiele znajomych mojego partnera w wieku około trzydziestoletnim twierdzi, że dyskoteki i całonocne zabawy zwyczajnie się im już znudziły i wolą wyjść do baru na dwa piwa, niż wracać do domu pierwszym porannym metrem. Nie wszyscy więc żyją jedynie od weekendu do weekendu myśląc przez cały tydzień o nadchodzącej fieście, a Hiszpanie są również odpowiedzialni, poważni i spokojni.

KOMPETENCJE

Niestety, jeśli chodzi o kompetencje hiszpańskich urzędników, mocno się rozczarowałam. Podczas moich wakacyjnych pobytów nigdy nie musiałam mierzyć się z hiszpańską biurokracją, dlatego dopiero podczas wymiany studenckiej oraz późniejszej przeprowadzki zdałam sobie sprawę z braku zorganizowania i chaosu, jaki często panuje w barcelońskich biurach i urzędach. Kiedy przyszło mi czekać dwie godziny w kilkumetrowej kolejce z trzymiesięcznym dzieckiem, aby odebrać jeden dokument, czy krążyć po całej Barcelonie odsyłana z jednego urzędu do drugiego, zaczęłam zastanawiać się, jak mogłam narzekać na biurokrację w Polsce. 

Moje ogólne postrzeganie Hiszpanii nie zmieniło się w diametralnym stopniu. Nadal uważam ten kraj za pełen pozytywnej energii, piękny i otwarty dla każdego. Zdałam sobie jedynie sprawę, że wakacje nie są w stanie ukazać Ci prawdziwego życia w danym państwie, a jedynie jego niewielką cząstkę. Hiszpanie kojarzą się nam z lekkoduchami, którzy żyją między iluzją a rzeczywistością czekając aż nadejdzie upragniona sobota i znów poleje się sangría tańcząc w dyskotece do białego rana. Ja odkryłam przede wszystkim ich drugą stronę. Uprzejmość, pomocną dłoń, pozytywne nastawienie, brak uprzedzeń. Z drugiej strony zdarzyło mi się trafić na wyjątkowo arogancką osobę, która łamała wszelkie stereotypy podręcznikowego Hiszpana i wiedziałam wtedy, że słońce, plaże i pyszne wino nie każdemu wystarczą do radosnego życia. 



Czy zderzenie z hiszpańską rzeczywistością, która nie zawsze przypomina kolorowe wakacje zmieniło moje nastawienie do tego kraju? Czy sprawiło, że zastanowiłam się nad sensem przeprowadzi do Barcelony? Moja odpowiedź brzmi: nie. I jest to jak najbardziej szczere „nie”. Czy istnieje bowiem kraj, w którym każdy aspekt życia byłby idealny? Czy możliwym jest życie, w którymś z miejsc na naszym globie bez potrzeby narzekania choćby na jeden dostrzegany problem? Ja jeszcze nie natrafiłam na taki kraj, ale gdybyście Wy mieli na niego namiary, dajcie koniecznie znać. :)

Tekst ten i zawarte w nim przemyślenia powstał dzięki projektowi „Jak zmieniło się moje postrzeganie kraju, w którym mieszkam” organizowanego przez Klub Polek na Obczyźnie, do którego należę. Zachęcam do zajrzenia na stronę klubu, na której przeczytacie spostrzeżenia na temat innych krajów. Na pewno będzie ciekawie!