Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polka na emigracji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polka na emigracji. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 marca 2018

Czy wrócę do Polski? Czyli plany na najbliższą przyszłość...




Problemami, z którymi zmaga się wielu emigrantów jest brak akceptacji nowej sytuacji, długotrwała aklimatyzacja i rozerwanie między nowym krajem, a ojczyzną. Decyzja o przeprowadzce najczęściej zostaje podjęta samodzielnie, nieprzymuszenie, choć być może nie do końca świadomie. Emigracja z wyobrażeń rzadko przypomina rzeczywistość, czy to w pozytywnym, czy negatywnym aspekcie. Wielu ludzi pyta mnie, czy zostanę w Hiszpanii na zawsze, czy to właśnie tutaj chcę spędzić resztę mojego życia. Pytanie niełatwe, nie zwykłam bowiem zaglądać tak daleko w przyszłość, ponieważ z doświadczenia wiem, że los lubi płatać figle i zupełnie poprzestawiać przygotowane wcześniej plany. Jedno jednak wiem na pewno. Wiem, co czuję i czego pragnę właśnie w tym momencie. A jest to Hiszpania.

Hiszpania jest bowiem moim domem. Polska na zawsze pozostanie w mym sercu i z głębokim sentymentem wspominam spędzone tam lata oraz cieszę się jak dziecko, gdy kupuję bilety lotnicze na święta, jednak z dniem decyzji o przeprowadzce wiedziałam, że aby osiągnąć pełną akceptację nowego życia, będę musiała przestawić swą mentalność i myśleć o Polsce w czasie przeszłym, nie teraźniejszym. Nie było to zadanie trudne, ponieważ o Hiszpanii marzyłam od nastoletnich lat, także emigracja była poniekąd spełnieniem skrytego pragnienia. Mój staż nie należy do najdłuższych, jednak mimo to, jestem w stanie otwarcie i szczerze przyznać, że Hiszpania stała się moim domem. To tutaj poznałam miłość mojego życia, założyłam rodzinę oraz spełniam się jako partnerka, matka, kobieta i człowiek.


Wielu emigrantów wciąż tęskni za Polską, odczuwa pustkę, smutek i brak czegoś, co ciężko określić słowami. Ja również tęsknię i oddałabym wiele, aby moi bliscy mieszkali zaledwie parę ulic, czy choćby kilometrów dalej. Zaakceptowałam jednak myśl, że jest to obecnie zwyczajnie niemożliwe, a owa wewnętrzna akceptacja mojej sytuacji przyniosła spokój ducha. Nie czuję, abym opuszczając Polskę coś straciła, abym nieustannie zmagała się z brakiem czegoś, co posiadałabym w Polsce, a co poprzez decyzję wyjazdu do tak odległego kraju codziennie tracę. Czy niczego mi zatem nie brakuje? Brakuje mi ludzi. Rodziny, przyjaciół, znajomych twarzy. Gdybym mogła coś zmienić, przeniosłabym ich wszystkich tu, do mojej Hiszpanii. Za czym innym mogłabym tęsknić na tyle, aby nie móc sobie z tym uczuciem poradzić? Rzeczy materialne są do odtworzenia. W Europie coraz łatwiej o polskie produkty wszelkiego rodzaju. Jeśli chodzi o mentalność, mam wrażenie, że lepiej odnajduję się w hiszpańskim stylu życia. Uwielbiam urlopy w Polsce, ale tylko te chwilowe, bo wtedy właśnie uczę się doceniać ojczyznę. Żyjąc w Polsce każdego dnia marzyłam o wyjeździe, przeprowadzce do słonecznej Hiszpanii, w której wszystko wydaje się łatwiejsze, piękniejsze, prostsze. Gdy sen miał się ziścić, odliczałam dni do wylotu, aby ostatecznie ze łzami w oczach, lecz ogromną ekscytacją w sercu opuścić dotychczasowy dom. Teraz jednak, gdy pojawiam się tam zaledwie parę razy w roku, nauczyłam się zauważać drobne szczegóły, zwracać uwagę na aspekty, które kiedyś kompletnie mi umykały. Rozmowa w ojczystym języku bez najmniejszej trwogi, że rozmówca mnie nie zrozumie, głośne kolędy i mnóstwo rodzajów ryb na wigilijnym stole, prószący delikatnie śnieg, zjeżdżanie na workach wypchanych słomą, biblioteka pełna polskich książek i film w kinie w ojczystym języku, pierogi ruskie na obiad i śledź w lodówce, bycie „panią” Aurelią, srebrzyste jeziora z wędkarzami na pomostach, przestrzeganie przepisów drogowych, stare, budzące wspomnienia pociągi bez przedziałów… Wszystkie te aspekty przypominają mi o mojej ojczyźnie, jednak zadowalam się nimi w pełni te kilka razy w roku i może dzięki temu potrafię je docenić.

Nie żal ci tego wszystkiego, co zostawiłaś za sobą? Usłyszałam nie raz. I tym razem się powtórzę. Żal mi bliskich osób, które zostały kilka tysięcy kilometrów za mną. Czy jednak odczuwam na co dzień tę różnicę odległości? W wieku 18 lat wyjechałam na studia do Warszawy, ponad 400 km od mojej rodzinnej miejscowości. Tak, podróżowanie między miastami było łatwiejsze, ponieważ wystarczyło wskoczyć do pociągu, jednak wbrew pozorom wcale nie wskakiwałam do niego tak często. Wizyty w rodzinnym domu nie odbywały się dużo częściej niż te obecne, a różnica odległości jest przecież ogromna. Poniekąd więc zahartowałam się i przywykłam do rzadkich spotkań z najbliższymi, choć nie oznacza to, że przy pożegnaniu przed przeprowadzką do Hiszpanii nie polały się litry łez. Mogę pokusić się jednak o stwierdzenie, że studia w pewien sposób przygotowały mnie na kolejną, jedynie dalszą rozłąkę. A przyjaciele? Tęsknię, dlatego staram się, aby owa tęsknota nie owładnęła mną całą i utrzymuję codzienny kontakt z tymi, na których najbardziej mi zależy.


Nie odrzucam myśli powrotu do Polski, ponieważ nie jestem w stanie przewidzieć przyszłości i tego, co mnie czeka. Jednak po latach platonicznej miłości do Hiszpanii, a naprawdę były to długie lata, po spełnieniu marzenia, o którym wiedziała każda osoba, która zamieniła ze mną więcej niż dwa słowa, nie wyobrażam sobie na ten moment porzucenia życia, które tu zbudowałam. Hiszpania nie była dla mnie nowym miejscem, ponieważ miałam okazję odwiedzić jej sporą część dużo wcześniej. A skoro była, i nadal jest moją pasją, czytałam, szukałam, oglądałam i poznałam choć odrobinę jej specyfikę, zanim przeniosłam się tu na stałe. Prawdziwe życie nie przypomina wyobrażeń, dlatego tak jak i w każdym miejscu, również w Hiszpanii przyszło mi zmagać się z problemami, niedociągnięciami, zagwozdkami. Czy w Polsce nie byłoby pod tym względem podobnie? Problemów nie uniknie się nigdzie, jedynie ich osobliwość może się zmieniać w zależności od kraju. Dlatego cieszę się, że emigracja nie jest moim brzmieniem, że nie muszę płakać po każdej rozmowie przez Skype i pluć sobie w brodę, dlaczego zdecydowałam się na wyjazd, ponieważ mogę sobie wyobrazić, jak trudne musi być to przeżycie. Zakończę prostym, acz prawdziwym zdaniem. Jestem szczęśliwa w Hiszpanii i mam głęboką nadzieję, że tak też pozostanie, a jeśli nie? Dopiero wtedy zacznę się o to martwić.  

poniedziałek, 3 lipca 2017

Dzień z życia w Barcelonie





Otwieram oczy i spoglądam zaspanym wzrokiem na zegarek. Wskazówki pokazują dziewiątą. Odwracam się, aby rozkoszować się przez chwilę widokiem śpiącego obok partnera, jednak dostrzegam, że on również już nie śpi i przegląda na telefonie poranne wiadomości. Nie zaskakuje mnie to, Alberto przyzwyczajony codziennym rytmem wstawania do pracy nawet w weekend budzi się po ósmej. Pół godziny później, ubrani i orzeźwieni chłodną wodą z prysznica witamy w kuchni rodziców Alberto, którzy przyjechali w odwiedziny. Zwracam się do nich po imieniu. W Hiszpanii nie ma zwyczaju nazywania teściów mamo/tato i do dziś pamiętam zaskoczoną twarz Alberto, gdy powiedziałam mu o takiej polskiej tradycji. Na śniadanie robię sobie zbożową kawę i smaruję kanapkę serkiem topionym, gdy w tym samym czasie hiszpańska część towarzystwa nalewa do szklanek świeży, pomarańczowy sok i wykłada na stół kupione z rana chrupiące, słodkie croissanty. Rodzice Alberto zaproponowaliby pewnie, abyśmy śniadanie skonsumowali w kawiarence za rogiem, dobrze znany hiszpański rytuał, gdyby nie fakt, że ich wnuczek postanowił dzisiaj wyjątkowo dłużej pospać.

Tej soboty dostaliśmy zaproszenie na urodziny przyjaciela, który zarezerwował miejsce w restauracji i zaprosił wszystkich na uroczysty obiad. A przynajmniej mi wydawało się, że będzie uroczysty, skoro na zwykły, urodzinowy obiad zabiera nas do lokalu. Uroczysty bynajmniej nie był, zwyczajne spotkanie grona przyjaciół przy paru piwach i Menú del Día. Zaśmiałam się w duchu, powinnam bowiem przywyknąć już, że Hiszpanie nie mają w zwyczaju zapraszać się do domów i tego typu święta celebrują na zewnątrz, co wcale nie musi nadawać im królewskiej atmosfery. Stanowiliśmy sporą grupę i słychać nas było na pewno nawet w restauracji obok, jednakże nikomu to nie przeszkadzało, a inni goście restauracyjni momentami przyłączali się do głośnych żartów. Ci, którym piwo zaszumiało już lekko w głowie prosili, abym tłumaczyła dane zdania na polski i łapali się za głowę, gdy nie byli w stanie powtórzyć poprawnie większości z nich. Przy każdym spotkaniu pojawiają się też nowe pytania na temat ciekawostek z Polski i przez pewien czas znajduję się w centrum uwagi, co dla mnie – osoby dość nieśmiałej, nie jest to sytuacja nadzwyczaj komfortowa. Hiszpanie słyną ze swej bezpośredniości, dlatego w rozmowach pojawiają się przeróżne i nawet najbardziej zaskakujące tematy.

Nie byliśmy jedyną parą z niemowlakiem. Wieloletni przyjaciel Alberto przyszedł z roczną córeczką. Podczas, gdy mężczyźni zajęli się wiwatowaniem piłkarskich sztuczek Messiego widocznych na dużym ekranie wiszącego naprzeciwko nas telewizora, ja zajęłam się rozmową z mamą wspomnianej dziewczynki. Ze zdziwieniem pytała, dlaczego jeszcze nie pracuję, w Hiszpanii urlop macierzyński trwa jedyne cztery miesiące. Nie mogła uwierzyć i z zazdrością chwaliła ideę tak długiego okresu urlopu macierzyńskiego, jaką mamy w Polsce. 

Robiło się coraz później, a na stole brakowało już miejsca na donoszone wciąż przekąski i szklanki z piwem. Niedługo po tym solenizant wstając, aby lepiej go było słychać, zaprosił wszystkich na kilka drinków w pobliskim barze. Synek robił się już marudny, więc niestety musieliśmy podziękować i odprowadzając zgromadzenie do wspomnianego lokalu, pożegnaliśmy się z przyjaciółmi. Owo pożegnanie jak przystało na prawdziwego Hiszpana trwało całych pięć minut, a zwrot do zobaczenia padł przynajmniej cztery razy. 

W domu zastaliśmy wyjątkową ciszę, by po chwili zorientować się, że teść, w końcu Andaluzyjczyk, nie marnował czasu sjesty i smaczne pochrapywał na sofie w salonie w trakcie, gdy teściowa zajmowała się czymś w kuchni. Za oknem paliło słońce, z ulgą odetchnęliśmy więc w klimatyzowanym mieszkaniu, które choć na chwilę dało uczucie ochłody. Zajrzałam do kuchni i zapytałam kobietę, czy potrzebuje pomocnych rąk. Uśmiechnęła się i uprzejmie podziękowała. Z nas obojga, to ja znajduję się w bardziej komfortowej sytuacji niż Alberto, ponieważ bez problemu porozumiewam się zarówno z jego rodziną, jak i z przyjaciółmi. Wizytując natomiast Polskę robię za tłumacza. Niemiłe komentarze stereotypowego myślenia na temat gorącego usposobienia Hiszpanów i pewnej jak w banku zdrady, zostawiam jednak dla siebie. 

Dochodzi wieczór, mały już śpi. Mama Alberto znów krząta się po kuchni protestując, gdy próbuję jej w czymś pomóc. Do kolacji zasiadamy po godzinie 22, a na talerzach wyłożone mamy steki wieprzowe w towarzystwie warzyw. Na stole nie może zabraknąć wina, wody i pokrojonej świeżej bagietki, która mimo później pory wciąż jest jeszcze ciepła, wyjęta ze sklepowego pieca zaledwie parę minut przed zakupem. Dziś robię wyjątek i ze względu na gości dołączam się do później i tak sytej kolacji. Gdy jesteśmy sami, stosuję polskie praktyki i na kolację, którą spożywam nie później niż o 20, szykuję sobie zwykłą kanapkę i gorącą herbatę. Po skończonym posiłku zbieram ze stołu talerze i widzę, jak teść zakłada buty i wybiera się, jak prawie co wieczór do jednego z barów na szybką szklaneczkę piwa na lepszy sen. 

Zmęczona dniem pełnym wrażeń kładę się do łóżka i biorę w dłoń jedną z książek z mej, ku memu ubolewaniu, niewielkiej polskiej biblioteczki. Zasiedzieliśmy się do późna, stąd oglądanie ulubionego serialu odkładamy na jutro. Alberto chwyta joystick od PlayStation i zatapia się w pełnej emocji grze w Fifę. Nie minęło dużo czasu, jak poczułam opadające ociężale powieki. Odkąd jestem mamą zdarza się to często, ponieważ jak można się domyślić, chodzę niewyspana. Po chwili poddaje się uczuciu zmęczenia i zapadam w głęboki sen. Jak się później okazało, niedługo po tym Alberto odłożył książkę, która wysunęła mi się z rąk i zasnął przy moim boku.

Tak wygląda mój, no może nie tak do końca typowy dzień w Hiszpanii, ponieważ nie codziennie zapraszani jesteśmy do restauracji, a wizyt rodziny ze względu na ogromne odległości również doświadczamy dość rzadko. Wybrałam więc odrobinę ciekawszy dzień, od tego codziennego, rutynowego, aby przy okazji ukazać Wam specyfikę mojego życia w Barcelonie, relacji z hiszpańską rodziną oraz typowych dla Hiszpanów zachowań.