Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpańskie wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpańskie wychowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 grudnia 2017

Macierzyństwo na emigracji



O trudach emigracji pisałam Wam już jakiś czas temu. Życie na obczyźnie, zwłaszcza w kraju takim jak Hiszpania mimo, iż innym może wydawać się błogie i lekkie, nie zawsze usłane jest różami.  Jeszcze trudniejsze okazuje się, gdy do codziennych rozterek emigrantki dochodzą zmartwienia i trudy macierzyństwa. Dzisiejszy wpis będzie bardziej osobisty, niż te dotychczasowe. Chciałabym podzielić się z Wami doświadczeniem, jakim jest macierzyństwo na emigracji, z dala od rodziny, ojczyzny i wszystkiego, co nam bliskie. Jak radzę sobie ja oraz parę znanych mi osób, które znajdują się w podobnej sytuacji? Przeczytajcie.

Cała moja rodzina oraz najbliżsi przyjaciele mieszkają poza Hiszpanią, większość w Polsce. Można by zatem rzec, że w Barcelonie jestem „sama”. Rodzina mojego Hiszpana niestety żyje w Galicji, 1000 km od Barcelony. Nie mamy więc u siebie dziadków, ani żadnych członków rodziny, a wizyty jednej jak i drugiej strony stają się bardzo skomplikowane. Z najbliższego grona przyjaciół jesteśmy pierwszą parą, która doczekała się potomka. Jak wiadomo w momencie, w którym zostajesz rodzicem, Twoje życie, priorytety i codzienność chcąc nie chcąc muszą się zmienić. Do czego zmierzam? Być mamą na obczyźnie i nie mieć możliwości wezwania babci, gdy masz ochotę zwyczajnie odespać nieprzespaną noc, wziąć dłuższą kąpiel, posprzątać mieszkanie w spokoju, czy udać się na wizytę do lekarza bez dziecka, nie jest łatwo.

Brak wsparcia ze względu na odległość jest bardzo uciążliwy zarówno fizycznie, jak i psychicznie. 

Przyjaciele Alberto oprócz tego, że nie zdają sobie jeszcze sprawy, czym jest bycie rodzicem, to wciąż prowadzą inny tryb życia, co jest oczywiście zrozumiałe. My, gdziekolwiek nie zostaniemy zaproszeni, udać się musimy z synkiem, ponieważ zwyczajnie nie mamy go z kim zostawić lub musimy iść osobno, raz jedno, raz drugie, co niestety tak już nie cieszy. Bo wyjście na kolację, czy do kina, które kosztować miałoby nas o 40 euro więcej, które to musielibyśmy zapłacić niani, przestaje być atrakcyjne.

Nasz synek jest dzieckiem bardzo aktywnym, ciekawskim i chłonącym każdy szczegół świata. A co za tym idzie, wyjście z nim, czy spotkanie ze znajomymi nie relaksuje tak samo, jak gdybyśmy mogli być sami, bo nie żartując, nie mogę zwyczajnie usiąść na dłużej niż 5 minut. Pewnie nie jeden rodzic to rozumie. Chciałoby się mieć za rogiem babcię, ciocię, siostrę, czy koleżankę z dzieckiem, która odciążyłaby nas choćby raz na jakiś czas przez dwie godziny w ciągu dnia. Osoby takiej jednak nie ma. Jeśli ktoś jest w podobnej sytuacji, na pewno wie, jak bardzo potrafi to zmęczyć psychicznie. Romantyczna kolacja? Z Alexem. Zakupy? Z Alexem. Plaża (i złudne marzenia o opalaniu)? Z Alexem. Niestety niewiele mamy czasu z partnerem tylko dla siebie. A kiedy już organizujemy sobie jakoś kreatywnie czas, możecie wyobrazić sobie, że nie jest to do końca relaksujący moment, bo wciąż pilnować musisz dziecka, zastanawiać się, ile jeszcze wytrzyma w wózku, przyciągać mu czymś uwagę i patrzeć, aby nic mu się nie stało. Może dlatego, gdy odwiedzamy dziadków, próbujemy łapać każdą okazję wiedząc, że wystarczyć nam to musi na kolejne pół roku.  

Bo właśnie – wizyty. To nie godzinna jazda samochodem, czy jak ci wyjątkowi szczęśliwcy kilka kroków do bloku obok. To lot samolotem, na który składają się wyższe koszty, dłuższa podróż, zmęczenie zarówno nasze, jak i dziecka i wszystko to, co wiąże się z lataniem. Dzień z życia wyrwany. Dwie rodziny, które znamy mają to szczęście i żyją w tym samym budynku co dziadkowie. Nawet niedawno wywiązała się rozmowa, w których matki szczerze zgadzały się z tym, że rodzice zawsze są w pogotowiu i bardzo chętnie opiekują się wnukami, co sprawia, że wspomniane mamy mają pomoc i wiele czasu dla siebie, czy dla swoich partnerów. Nie myślmy jednak tylko o sobie. Na pewno możecie sobie wyobrazić, jak cierpią również dziadkowie. Wizyty wnuka raz na pół roku łamią im serca, dlatego pożegnania są zawsze bardzo smutne.

Mój synek obecnie nie widzi poza mną świata. Wiem, że dzieci zazwyczaj lgną bardziej do mam na początku swojego życia, ale nie jest łatwo, gdy dochodzi do sytuacji, w których synek płacze, gdy na ręce bierze go ktoś inny, nawet tata, bo koniecznie chce być z mamą nawet wtedy, gdy mama chce iść tylko do toalety. Nie jest łatwo, gdy nie odstępuje mnie on na krok, gdy nie pobawi się sam dłużej niż 5 minut, gdy wyciąga ręce z chwilą, gdy wstanę na nogi. Nie jest łatwo, gdy gotować, sprzątać, układać, jeść, czesać się… muszę z dzieckiem na rękach. Bo albo to, albo jego płacz. Dlatego nie, bycie jedynie z mamą nie jest niczym dobrym ani dla dziecka, ani dla matki.

Wiecie, co jeszcze bywa czasami uciążliwe w macierzyństwie na obczyźnie? Różnice kulturowe i brak zrozumienia. Wychowanie w Hiszpanii różni się od naszego, polskiego. Jedna z hiszpańskich znajomych, również mama, nadaje na zupełnie innych falach. Wiem, że wśród jej otoczenia, rodziny i znajomych uważana jestem za przesadnie opiekuńczą i bojącą się o każdy krok syna. Powody? Bo dla półrocznego dziecka żłobek to super wyjście, integracja i nauka samodzielności. Bo przy dziecku można przecież palić. Bo rocznemu dziecku można dawać na obiad chipsy. Bo uczące się chodzić dziecko można puścić wolno, niech spadnie ze schodów i się nauczy. Bo nic się nie stanie, jak zabierzesz dziecko na fiestę i pójdzie spać o 2 w nocy, niech śpi w wózku. Oj, takich przykładów mam sporo. Oczywiście przytoczyłam teraz historie tylko jednej grupy ludzi, ale to z nimi często miałam styczność, aż w końcu obrzydły mi te komentarze. Znam również oczywiście hiszpańskie mamy, które podzielają moje opinie i wychowują swoje dzieci już nieco mniej bezstresowo.

Macierzyństwo to piękna przygoda, która bywa niestety trudna. 

Jako idealny przykład mogę powiedzieć, że macierzyństwo na emigracji, jeśli z dala od wszelkich bliskich jest jeszcze trudniejsze. Tak, chciałabym zadzwonić do mamy, aby wzięła małego na spacer, a ja w tym czasie miałabym chwilę dla siebie. Tak, chciałabym zostawić dziadkom synka na jeden wieczór i pójść z Alberto do kina. Tak, chciałabym choć raz odespać 16 miesięcy nieprzespanych nocy mając do dyspozycji kochaną babcię. I to wszystko mam, z tą małą różnicą, że zdarza się to mniej więcej raz na pół roku (jeśli mamy szczęście).


Wpisem tym nie chciałabym wzbudzić niczyjej litości, nie próbuję się żalić i wypłakać, ponieważ decyzja o powiększeniu rodziny była świadoma i ani przez moment jej nie żałowałam. Chciałam jednak ukazać Wam realia macierzyństwa z dala od rodziny, bo jest to nie lada wyzwanie dla naszej psychiki. Chciałam również podzielić się moimi odczuciami zastanawiając się, czy ktoś je podziela. Być może Ty, mamo również zmagasz się sama z trudami macierzyństwa z dala od rodziny i wcale nie musi to być zagranica. Czy u Was też bywa tak ciężko?

niedziela, 19 marca 2017

Dzień Ojca w Hiszpanii - jak zmieniła się figura ojca na przestrzeni lat






Dziś, 19 marca w Hiszpanii obchodzimy Dzień Ojca. Data ta nie została przypisana przypadkowo. 19 marca jest, bowiem Dniem Świętego Józefa, który przez katolików uważany jest za wzór ojca. Święto ma być wyrazem szacunku, wdzięczności i miłości. W Barcelonie nie spotkałam się z jakimiś szczególnymi tradycjami związanymi ze świętowaniem tego dnia. Hasła w witrynach sklepowych zachęcające do kupna trafionego prezentu, maluchy przygotowujące laurki i starsi przeważnie obdarowujący swoich ojców drobnymi upominkami.


Rola ojca na przełomie lat uległa wielu zmianom, również w Hiszpanii. Dawniej mężczyzna musiał być silny, niezależny, nie miał prawa okazywać emocji takich, jak smutek, płacz, które uważane były za słabość, a jego zadaniem było głównie zapewnienie rodzinie stabilizacji ekonomicznej. Chcąc zaczerpnąć informacji na temat dawnego modelu rodziny w Hiszpanii, spytałam Alberto, jak było u nich w domu. Potwierdził teorię na temat ojca, którego rola często kończyła się na zarabianiu pieniędzy i dbaniu o to, aby w domu było, co jeść. Ojciec pojawiał się, jako figura racjonalna, wzbudzająca respekt i autorytet. Rzadko uczestniczył w życiu rodzinnym, czy w wychowaniu dziecka. To matka była odpowiedzialna za jego edukację i odpowiednie przygotowanie do życia. Lata temu ojcowie w Hiszpanii byli wykluczani z uczestnictwa w codziennym życiu dzieci i tak np., gdy matka z jakiegokolwiek powodu nie była w stanie zająć się swoim dzieckiem, rolę tę przejmowała chwilowo inna kobieta – babcia, ciocia, przyjaciółka. Ostatnim na liście, co wydaje się absurdalne, był ojciec. Postać ojca w Hiszpanii z epoki naszych ojców, czy dziadków to postać głowy rodziny – szefa, zdystansowanego szowinisty, do którego własne dzieci nie raz zwracały się per Pan, a które odczuwały przed nim strach i nauczone były wojskowej dyscypliny. Nie tylko grał znikomą rolę w życiu i wychowaniu swoich dzieci, ale również w życiu rodzinnym zrzucając wszystkie obowiązki domowe na barki matki. Poznałam Hiszpanów (mówię tu głównie o ludziach starszych), którzy, ku rozpaczy, wciąż uważają taki model rodziny za ten prawidłowy.


Na szczęście wizja pasywnego ojca zanika już praktycznie całkowicie. Została ona zastąpiona przez ojca opiekuńczego, kochającego i tolerancyjnego. Uczy on dziecko odwagi, pewności siebie, wprowadza w zawiłości świata. Coraz rzadziej rola ojca sprowadza się jedynie do żywiciela rodziny, a co za tym idzie bierze on czynny udział w życiu rodzinnym włączając się przy tym do domowych obowiązków i wychowania dzieci. 


Przygoda bycia ojcem często rozpoczyna się już z dniem, w którym pojawia się wiadomość o ciąży. Wielu i hiszpańskich mężczyzn pragnie czynnie uczestniczyć w przebiegu ciąży udając się na wizyty lekarskie i pierwsze badania USG. Wielu towarzyszy kobietom przy porodzie, co kiedyś w Hiszpanii było nie do pomyślenia. Mimo, iż wciąż jeszcze mamy okazję spotkać się z mocno utartym schematem, w który to matka wykonuje wszystkie czynności związane z dzieckiem, już coraz mniej dziwi widok taty, który to zmienia pieluchę, karmi dziecko, czy prowadzi je do przedszkola. 


Przeglądając hiszpańskie strony internetowe natknęłam się na pojęcie „e-papa” (e-tata), które jak łatwo można wydedukować odnosi się do tatusiów, którzy dzielą się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami w mediach społecznościowych. W Hiszpanii popularne jest zwłaszcza twittowanie każdej nowości, w tym przypadku – z pamiętnika taty (twitter – serwis społecznościowy). Jak podaje jeden z nich – „Wielu z nas, ojców robi z naszymi dziećmi to, co nie robili nasi ojcowie z nami. I cieszymy się tym.”.


Współcześni ojcowie coraz częściej korzystają z urlopu tacierzyńskiego, który w Hiszpanii dotychczas wynosił jedynie 15 dni. Od stycznia 2017r. okres ten został wydłużony do 4 tygodni. W taki sposób mogą oni odciążyć mamę, bądź zwyczajnie spędzić z dzieckiem więcej cennego czasu. 


Reasumując mogę powiedzieć, że podobna zmiana w postrzeganiu roli ojca miała miejsce zarówno w Hiszpanii, jak i w Polsce. Choć tu wciąż jednak widzi się zbyt wielu mężczyzn szowinistów, którzy uważają, że wychowanie dzieci to zadanie głównie kobiety.


Dorzucam cytat, który zapadł mi w pamięć. Pamiętajmy jak ważne jest odpowiednie wychowanie i edukowanie dzieci, póki kształtują one jeszcze swój charakter.


"Łatwiej jest wychować silne dzieci, niż naprawiać popsutych dorosłych." - Frederick Douglass

Na koniec kilka wpisów z twittera hiszpańskich (lub grających w hiszpańskich klubach) piłkarzy, którzy celebrowali Dzień Ojca w zeszłym roku.

ANDRES INIESTA - FC BARCELONA
Tener claro el camino es lo importante sea lo que sea lo que te encuentres en él.Feliz día del padre.Te quiero Papa! 
(To bycie pewnym drogi jest ważne, bez względu na to, co na niej odnajdziesz. Szczęśliwego dnia ojca. Kocham Cię Tato!)

GARETH BALE - REAL MADRID 

                                                     Gracias por el perfecto día del padre 👨‍👩‍👧 
(Dziękuję za idealny Dzień Ojca)

NEYMAR - FC BARCELONA
Dia del Padre .. Te quiero Papá 
(Dzień Ojca .. Kocham Cię Tato)

MARC BARTRA - BORUSSIA DORTMUND
Feliz día del padre a TODOS! El primero siempre es especial... ❤️❤️ 
(Szczęśliwego dnia ojca WSZYSTKIM! Ten pierwszy zawsze jest wyjątkowy...)



piątek, 10 marca 2017

Być w związku z Hiszpanem





O różnicach w kulturze hiszpańskiej i polskiej można by mówić godzinami. Od mentalności i sposobu życia, poprzez język, a kończąc na tradycjach i świętach. Jaki wpływ mają różnice te na związek Polki z Hiszpanem? Jak wygląda relacja między ludźmi z tak odległych krajów, a jak postrzegają ją inni? I czy taki związek jest na dłuższą metę w ogóle możliwy? 

W Hiszpanii zakochałam się lata temu, kiedy to pierwszy raz miałam okazję zwiedzić ten piękny kraj. Ale czy wtedy wiedziałam, że za kilkanaście lat sama będąc jego mieszkanką założę rodzinę z energicznym Katalończykiem? Powiadają, że miłość ponoć nie wybiera ;)

Czy różnice w rodzimych kulturach każdego z nas oraz sposób, w jaki zostaliśmy wychowani my sami mają wpływ na nasze codziennie życie? Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nigdy. Ktoś powie, że zależy to jedynie od typu osoby jaką jesteśmy i jest w tym dużo prawdy, ale uważam, że to kim jesteśmy w dużym stopniu bierze się z kultury w jakiej się wychowujemy. 

Zacznę od błahostki, jaką są godziny oraz forma posiłków, a dokładnie kolacja. W Barcelonie kolację serwuje się o 21.30-22, a czasami i później. W Polsce większość ludzi ostatni syty posiłek spożywa między 18 a 20. Mój partner nie mógł przywyknąć do tego, że jem „tak wcześnie”, czy też do faktu, że w wielu warszawskich restauracjach nie sposób było dostać ciepłe danie po godzinie 22. Moja kolacja składa się zazwyczaj z kubka herbaty i zwykłej kanapki. Wolę nie opychać się na noc. Alberto przyzwyczajony jest do typowego tu pełnego talerza z wielkim kawałem mięsa, bagietką, czy frytkami i butelką wina na stole. Niby taka drobnostka, ale kolację często szykujemy po prostu osobno. Ja pozostałam przy swojej herbacie i kromce chleba. Wolę nie myśleć, jak wyglądałabym po paru tygodniach „hiszpańskiej diety”. 

Urlop macierzyński to kolejna z różnic. Alberto przekonany był, że po 3-4 miesiącach zacznę pracować. Urlop macierzyński, bowiem trwa tutaj tak krótki okres czasu. Ja za to, opierając swoje poglądy na doświadczeniach wielu znanych mi mam, nie wyobrażałam sobie zostawić dziecka nie wcześniej niż po roku. Uwierzcie, że był on w niezłym szoku, kiedy dowiedział się, że wiele kobiet w Polsce ma prawo do tak długiego urlopu. Ostatecznie po wielu rozmowach doszliśmy do porozumienia i w tej kwestii.

W Hiszpanii spora część życia toczy się na zewnątrz. Barcelończycy dużo rzadziej zapraszają się wzajemnie do swoich domów. Wszelkie urodziny, imieniny, wesela, chrzty czy inne celebracje znajomych mojego partnera odbywają się w wynajmowanych lokalach. Ja przyzwyczajona jestem bardziej do tzw. „domówek”. Pamiętam, jak śmiał się Alberto, gdy kupę czasu temu mówiłam, że przed wyjściem wpadnie do nas paru znajomych na tzw. „bifora”. Tutaj owy „bifor” to zwykłe wyjście do baru i kupno paru drinków, a polewanie wódki do kieliszków jest niesłychaną nowością.

„Daj na luz” – słyszę czasami od Alberto. Zauważyłam, że do wszystkiego podchodzi on ze stoickim spokojem i z powszechnie znanym hiszpańskim luzem. Ja mam w zwyczaju stresować się i analizować każdy szczegół głupiej drobnostki. Widzę to, gdy czasami żartujemy na temat wychowania Alexa – kiedy pierwsze imprezy, kiedy pierwsze dziewczyny, co będzie a czego nie będzie mu wolno. Alberto kwituje wtedy jednym krótkim zdaniem „Ach ta wasza polska mentalność”. Mówi to oczywiście w formie żartu, a ja zastanawiam się na ile to polska mentalność, a na ile sposób wychowania, choć też w końcu polski.
 
 Teraz trochę bardziej żartobliwie. Pamiętam twarz Alberto pod tytułem „Are you serious?”, kiedy powiedziałam mu, że w Polsce istnieje tradycja zwracania się do teściów Mamo i Tato. Z jego miny wywnioskowałam, że w Hiszpanii takiej tradycji nie ma (może gdzieś znajdzie się jakiś wyjątek, jak mówi). Innym zaskoczeniem było dla niego przyjmowanie nazwiska męża. Poczuł się wręcz dumny, gdy powiedziałam, że chcę przyjąć jego nazwisko, co dla mnie było zupełnie normalne. W Hiszpanii nie ma takiego zwyczaju. Rodzice Alberto mają dwa różne nazwiska. 
 
Tradycje. Tutaj mogłabym rozpisać się o wszelkiego rodzaju świętach: Boże Narodzenie, Wielkanoc, innych ważnych dniach: wesela, Komunie Święte, chrzty. W Barcelonie tradycje znacząco różnią się od naszych polskich. Sęk w tym, aby znaleźć złoty środek. W naszym przypadku wygląda to tak, że albo łączymy tradycje z obu krajów albo wybieramy „po jakiemu” w tym roku obchodzimy, np. Wigilię, a co za tym idzie za rok robimy odwrotnie. 

Jedną z cech nas różniących jest otwartość i bezpośredniość. Mówi się, że tacy są właśnie Hiszpanie, ale na pewno w dużym stopniu zależy też to od charakteru danej osoby. Zauważyłam jednak nieraz, że zarówno Alberto, jak i jego przyjaciele/znajomi/rodzina wyrażają swoje uczucia w bardzo bezpośredni sposób i te pozytywne, i te negatywne. Coś im się nie podoba? Zaraz mówią o tym głośno. Ktoś zrobił coś nie tak? Nie pozwól by o tym nie wiedział. Ja raczej jestem typem osoby, która czasami woli coś przemilczeć.  

A jak widzą nasz związek inni? Często pytają, czy różnice kulturowe, różnice w wychowaniu, czy w stylu życia nie mają negatywnego wpływu na nasze codziennie życie. Mimo wszystkich przykładów, które podałam wyżej odpowiedź brzmi: nie. Są to błahostki, które w wirze codziennych spraw znikają niezauważone. Kompromis. To przepis na udany związek, i to nie tylko ludzi dwóch różnych nacji. Gdy nie zgadzamy się w czymś, co ma podłoże w kulturze któregoś z obu krajów, staramy się znaleźć rozwiązanie, które możliwe najmocniej zadowoli nas oboje.  

Na sam koniec zostawiłam ulubione zdanie, zwłaszcza tych niepytanych i mało znających nas ludzi – Hiszpan? To na pewno musi być typowy latynoski lowelas. Bawi mnie to i przestałam zwyczajnie reagować na komentarze typu: „Wszyscy Hiszpanie zdradzają”, „Oni mają we krwi flirt”, „Dla nich liczy się tylko seks” i wiele, wiele innych. Na całe szczęście, ja o takie sprawy w moim związku nie muszę się martwić.

                A na Was, na tych, którzy również żyją w związku z obcokrajowcem, jaki wpływ mają różnice kulturowe? A może żaden? A reszta z Was jak postrzega takie relacje?

czwartek, 2 marca 2017

Życie rodzinne w Hiszpanii


Hiszpania różni się od Polski w wielu aspektach. Można by rzec, że inne jest właściwie wszystko. I tak, jak pisałam w poprzednim poście – inne jest choćby wychowanie dzieci, które ma w sobie wiele plusów, jak i minusów, a zdania na ten temat są bardzo podzielone. Jest kilka aspektów związanych z życiem rodzinnym i wychowywaniem dzieci, które uważam za duży pozytyw w kulturze hiszpańskiej, a którymi chciałabym się z Wami podzielić.

1. HISZPANIE SĄ RODZINNI

Tak, naród ten jest narodem bardzo rodzinnym. Dzieci stanowią ważną część rodziny, ich potrzeby i opinie nie są ignorowane, bądź spychane na plan boczny. Naturalnym jest zabieranie dzieci na wszelkiego rodzaju spotkania, imprezy rodzinne, wyjścia, i to włączając te najmłodsze, spoglądające na wszystkich jeszcze z wózka. Przychodzi mi do głowy polskie powiedzenie „Dzieci i ryby głosu nie mają”. Tutaj nie miałoby ono pokrycia. Często będąc dzieckiem mogłam usłyszeć również ulubione zdanie rodziców „Nie przeszkadzaj, kiedy dorośli rozmawiają”. W Hiszpanii dotychczas nie spotkałam się z takim zachowaniem. Dzieci od najmłodszych lat uczestniczą w życiu socjalnym swoich rodziców, od porannych spotkań przy kawie, poprzez wypad na zakupy, do późnych kolacji w pobliskiej restauracji.

2. OPIEKA ZDROWOTNA

Dzieci w Hiszpanii chroni prawo, które pozwala im na skorzystanie z opieki zdrowotnej niezależnie od narodowości, obywatelstwa, miejsca stałego pobytu, braku hiszpańskich dokumentów. Podobnie jest w przypadku kobiet w ciąży. Zarówno kobiety ciężarne, jak i dzieci nie potrzebują ubezpieczenia, czy innych hiszpańskich dokumentów, aby przyjęto ich do przychodni, czy szpitala. Żyjąc tu dziwnym oczywiście byłoby nie postaranie się o ubezpieczenie i wszystkie wymagane dokumenty, jednakże fakt, iż w razie nagłej potrzeby dziecko zostanie przyjęte do lekarza bez żadnego problemu, 
na pewno uspokaja niejedną mamę.

3. MIEJSCA PRZYSTOSOWANE DO POTRZEB DZIECI

Nie zwiedziłam Barcelony wzdłuż i wszerz, aczkolwiek miejsca, w którym się znajdowałam były przystosowane architektonicznie do potrzeb dzieci, a właściwie rodziców z dziećmi. Mówię tu o podjazdach, miejscach na wózki w prawie każdym metrze, autobusie, obniżeniach na peronach ułatwiających wjechanie wózka do pojazdu. Praktycznie każda stacja metra posiada windę, która jest moim zbawieniem, gdy spaceruję sama. Oczywiście architektura ta uwzględniała bardziej osoby niepełnosprawne (wózki inwalidzkie), jednak my - rodzice bardzo na tym korzystamy. 

4. MIEJSCA PRZYJAZNE DZIECIOM

Kiedy mówię o miejscach przystosowanych do potrzeb dzieci, nie mam na myśli jedynie architektury. Restauracje, bary, hotele – miejsca często przyjazne dzieciom. Zaopatrzone w sprzęt taki jak foteliki do karmienia, przewijak, czasem nawet kącik zabaw. Nikt przede wszystkim nie patrzy wrogo na śmiejące się głośno i bawiące się dzieci, a wręcz zagaduje się do nich i uśmiecha przyjaźnie. Nawet w niedużej samoobsługowej pralni obok kilku krzeseł dla oczekujących ludzi, stoi stolik z krzesełkami, na którym znaleźć można kolorowanki i kredki.

5. WROGOŚĆ INNYCH MAM

A raczej jej brak. Zapisałam się na niejedno polskie forum dla mam. Hasło przewodnie każdego z nich zawsze brzmi tak samo „Forum dla mam bez oceniania i hejtu”. Hasło to jednak niewiele ma wspólnego z późniejszymi faktycznymi rozmowami. Mamy potrafią być naprawdę wredne, dochodzi nawet do wyzwisk i obrażania. Bo ta nie karmi piersią, a tamta daje dziecku słoiczki, a jeszcze inna wsadza je do chodaczka. Tematów jest zatrzęsienie i zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej. Nie wiem, czy to tylko moje subiektywne spostrzeżenie, ale polskie mamy mają duże skłonności do oceniania (najłatwiej robić to zza ekranu, kiedy nikt nie widzi Twojego życia). Nawet wiele blogów, czy artykułów dla mam poruszających przeróżne tematy, nie zawsze stroni od oceniania i podawania tych lepszych rozwiązań. Zresztą na ulicy też słyszy się „Tak zimno, a dziecko nie ma czapeczki”, „Takie małe, a już je słodycze”, „Takie duże, a jeszcze ssie smoczka”. Mam wrażenie, że tutaj zachowania tego typu widzi się dużo rzadziej. Rodzice zwyczajnie nie przejmują się tym, co robią inni rodzice. Mamy kilku znajomych z dziećmi i żadna mama nigdy wzajemnie się nie oceniała mimo, że stosujemy często różne metody wychowania. „Hiszpański Internet” również stroni od takich ataków. Oczywiście każda reguła ma wyjątek, aczkolwiek przypominam, że opisane sytuacje to moje własne doświadczenie.

To tylko kilka przykładów aspektów związanych z dziećmi, które zwróciły moją uwagę i podobają mi się w kulturze hiszpańskiej. Oparte są przede wszystkim na własnym doświadczeniu. Być może w Polsce istnieją fakty podobne, czy też identyczne, ja jednak wychowując dziecko w Barcelonie, skupiłam się na tutejszych zwyczajach.


poniedziałek, 20 lutego 2017

Wychowanie po hiszpańsku


Polska i Hiszpania. Oba kraje Europy. Położone właściwie nie tak daleko od siebie, jednak jak bardzo różne. Jeśli ktoś wciąż uważa, że styl wychowania dzieci w tych obu krajach jest podobny, bardzo się myli. Wychować dziecko na szczęśliwego, spełnionego i mądrego człowieka – taką zasadę bez wątpienia wyznają mamy z obu krajów, podobnie zresztą, jak rodzice na całym świecie, prawda? Jedyną różnicą są stosowane sposoby – zupełnie inne, nie znaczy jednak, że gorsze. 


W Polsce przeważa tradycyjny model wychowawczy, oparty głównie na dyscyplinie, wpajaniu odpowiednich zasad kultury i dużym udziale oraz ingerencji rodziców w życie i wychowanie dziecka. Jeśli miałabym krótko określić wychowanie dzieci w Hiszpanii, nazwałabym je „wychowaniem na luzie” – bezstresowym. 


Natknęłam się niedawno na artykuł, w którym pisano, iż na podstawie przeprowadzonych badań hiszpańskie dzieci są jednymi z najszczęśliwszych na naszym globie. Wpływ może mieć na to fakt, iż z dniem narodzin dziecka, cała rodzina skupia swą uwagę na nim, życie dorosłych podporządkowuje się dziecku. Maluchy bardzo rzadko spotykają się z odmową. Z drugiej jednak strony, gdy dziecko próbuje się buntować i stawiać opór wobec jakiejś decyzji, rodzic Hiszpan nie reaguje. Stąd nikogo nie szokuje widok dziecka leżącego na podłodze w sklepie usilnie próbującego wymuszenie kupna nowej zabawki w trakcie, gdy jego mama kontynuuje zakupy, ignorując atak buntu. 


W Hiszpanii dzieciom nie wpaja się poczucia czasu – nie ma określonych godzin spania, dzieci nie kładą się do łóżek „po dobranocce”, jak to przyjęło się w Polsce. Widok rodzin z najmłodszymi dziećmi po godzinie 22 przy stolikach na placu, gdzie rodzice spokojnie popijają kolejną lampkę wina, a dzieci biegają wokół i zajmują się same sobą, to widok bardzo naturalny. Maluchom pozwala się właściwie na wszystko. Biegają, krzyczą, turlają się po ziemi, rzucają zabawkami, a przy tym nikt nie zwraca na nie większej uwagi. Wspomnę tutaj również o sposobie ubioru. Dzieci ubierane są naprawdę lekko. Nie mówię tu oczywiście o sierpniowych upałach. Nie można porównać hiszpańskiej i polskiej zimy, aczkolwiek w Barcelonie również bywa zimno. Niemowlaki bez czapeczek, dzieciaki z rozpiętymi kurtkami. 


Z jednej strony nowy członek rodziny jest oczkiem w głowie rodziców, z drugiej zaś normą jest oddawanie 6 miesięcznych dzieci do żłobka i to nie zawsze z przymusu powrotu do pracy spowodowanym słabą sytuacją ekonomiczną.

Dzieci rozpoczynają naukę w wieku 3 lat – nie jest ona obowiązkowa, jednak silny nacisk społeczny ma duży wpływ na decyzję rodziców. Dodam tu jako ciekawostkę, iż dzieci od najmłodszych lat zwracają się do nauczycieli na ty. Zresztą nie tylko do nauczycieli – w sklepie, u lekarza, w banku. Ktoś może powiedzieć, że powoduje to zacieranie się relacji i autorytetów, z drugiej jednak strony eliminuje szkolny stres, którego doświadcza wiele choćby polskich dzieci.


W Hiszpanii bezstresowe wychowanie maluchów nie jest modą, ale normą. Bezpośredniość w stosunku do dorosłych, „swawolka”, ubiór, styl (bardzo wielu niemowlakom przebija się wcześnie uszy, nie tylko dziewczynkom), wolna wola w decydowaniu o kontynuacji edukacji (odpowiednik naszego gimnazjum kończy się w wieku 16 lat) – a co za tym idzie częste przesiadywanie na utrzymaniu rodziców. 


Hiszpański bezstresowy model wychowania, jak każdy ma swoje dobre i złe strony. Dzieci na całym świecie mają te same potrzeby: miłości, bliskości, jak i te związane ze spokojnym snem, odpowiednim odżywaniem czy ubiorem. Na sposoby ich zaspokajania ma wpływ kultura i otoczenie. Metody schodzą na drugi plan, gdy wszystkie te potrzeby są w 100 procentach zaspakajane.



W tekście przedstawiłam oczywiście te skrajne różnice między wychowaniem polskim, a hiszpańskim. Dzieci kocha się tak samo i nie zrzuca się ich na „plan boczny”. Daje się im po prostu dużo więcej swobody i nie próbuje się ich obsesyjnie owładnąć, czy doszukiwać się problemów i wpływów emocjonalnych w kwestiach, w których tych problemów nie ma.


Każda mama stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o sposobie wychowania swej pociechy. Bezstresowe wychowanie? Czy jednak tradycyjny model kar i nagród? Być wymagającą, czy dać dziecku tyle wolności, ile zapragnie? To trudne zadanie, zwłaszcza gdy sami rodzice wychowali się w dwóch różnych kulturach. Jak ja wychowuję moje dziecko? Tak, jak podpowiada mi serce i rozum. Nie zdarzyło się dotychczas, abyśmy my – rodzice Alexa – mieli dwie bardzo skrajne opinie na temat któregoś z aspektów jego wychowania. Oboje chcemy dla niego jak najlepiej i póki jesteśmy konsekwentni w naszych postanowieniach, nieważne jest, czy zaczerpniemy „rad” z polskiego, czy hiszpańskiego modelu wychowania dzieci.

Tekst jest oparty na WŁASNYM doświadczeniu oraz na rozmowach z innymi rodzicami (na pewno znajdą się osoby, które będą negować te informacje). Opisany model jest jednak jedynie baczną obserwacją, jak i oparty jest na znalezionych informacjach - obserwacjach innych osób dotyczących sposobu wychowania dzieci w Hiszpanii. Artykuł w żaden sposób nie ma na celu krytyki, a jedynie podkreślenie różnic. Jak wiadomo - każda reguła ma wyjątek.