czwartek, 23 listopada 2017

7 aspektów Hiszpanii, których wyjątkowo nie lubię



Większość moich tekstów ma pozytywny wydźwięk i zawiera raczej zalety i te dobre strony życia w Hiszpanii. Jakżeby inaczej, skoro mieszkam w kraju swoich marzeń, który jak wiecie, uwielbiam od lat. Zdarzyło mi się oczywiście ponarzekać, czy podzielić się z Wami tymi mniej kolorowymi aspektami emigracji, bo miejsce idealne nie istnieje, a przynajmniej ja takowego dotychczas nie odnalazłam. Dlatego dzisiaj postanowiłam zmienić nieco front i opowiedzieć Wam o tym, czego zwyczajnie nie lubię w Barcelonie i o tym, co mnie drażni w jej mieszkańcach.

Wąskie chodniki to zmora Hiszpanii. Tak, stylowe uliczki hiszpańskich wiosek mają swój urok, gorzej gdy się spieszysz lub gdy, co gorsza taką uliczką przechodzić musisz każdego dnia. Gdy idę sama, wymijanie powolnych ludzi nie jest jeszcze tak trudne, choć zdarzają się (i to nazbyt często!) królowie, którzy uważają chyba, że chodnik jest ich własnością i widząc osobę idącą z naprzeciwka, ani myślą odejść na bok i zrobić jej miejsce. Za to Ty musisz gimnastykować się, aby ich wyminąć nie zaczepiając przy okazji o zaparkowane obok samochody. Jednak to spacer z wózkiem może przerodzić się w ogromną próbę cierpliwości. Bo albo zostajesz w tyle zablokowana przez grupę wesoło gaworzących znajomych, którzy przy odrobinie szczęścia usłyszą Twą prośbę o pozwolenie przejścia za trzecim razem albo dasz sobie spokój i w dane miejsce dotrzesz z półgodzinnym opóźnieniem.

Hiszpanie mają manię nagłego zatrzymywania się na środku chodnika, owego wąskiego chodnika, który mieści ledwie dwie osoby (czasami tylko jedną!). Wyobraźcie sobie, że idzie sobie taki wesoły Hiszpan, Ty idziesz dosłownie dwa kroki za nim, gdy wtem nagle Hiszpan postanawia zatrzymać się w miejscu bez żadnego ostrzeżenia. Powody mogą być różne. Dostał SMS, but mu się rozwiązał, spotkał kogoś znajomego, a może chce po prostu odpocząć? Jeśli masz szczęście i na Twojej drodze (dosłownie) stanęła tylko jedna osoba, jest szansa, że w kocich ruchach uda Ci się ją zgrabnie wyminąć bez większego szwanku. Jeśli szczęścia masz mniej, zator na chodniku spowoduje cała grupa Hiszpanów, co może doprowadzić do niemałej kolizji. Ile to ja się naklęłam pod nosem przez te ich nagłe przystanki. Tak, cierpliwość w tak błahych sytuacjach nie jest moją mocną stroną.  

Nie podoba mi się również to, że Barcelończycy prowadzą samochody dość niechlujnie. W mieście przekraczają sporo prędkość i nikogo wcale to nie zaskakuje, a kierunkowskazy to obcy dla nich wynalazek. Przeczytałam kiedyś, że w Barcelonie w ciągu minuty dochodzi do trzech kolizji drogowych. Jeśli ta informacja jest prawdziwa, wcale mnie nie zaskakuje. A w większości owych wypadków biorą zapewne udział skutery, którymi jeździ co drugi Hiszpan, a które na dłuższą metę w takim mieście jak Barcelona i prowadzone w taki sposób, w jaki się je tu prowadzi, wcale nie są bezpieczne.

Drażni mnie też zamykanie sklepów na czas sjesty. Naprawdę nie mogę do tego przywyknąć. Godziny odpoczynku pracowników są dla mnie najbardziej dogodnym czasem na zrobienie zakupów. Tęsknię za polskim systemem godzin pracy. A już zupełnie nie wyobrażam sobie konieczności opuszczenia miejsca zatrudnienia na dwie, trzy godziny po to, aby po błogim odpoczynku i pysznym obiedzie znów musieć tam wrócić. Wiem, że to na pewno kwestia przyzwyczajenia, w końcu Hiszpanie nie znają innego systemu, ale mnie tak ciężko się do niego przekonać. Zupełnie nie rozumiem także zasady zamykania wszelkich urzędów publicznych i banków o godzinie 14. Nierzadko, aby załatwić daną sprawę, należy wziąć po to specjalnie dzień wolny. Mogliby siedzieć chociaż do tej 17, bez żadnej sjesty.


 W Barcelonie wiele restauracji ma wyznaczone godziny na dane posiłki. Rozumiem oczywiście rozróżnienie między śniadaniem, a obiadem, ale tak bardzo drażni mnie, np., że Menu del Dia zjem jedynie do godziny 16 lub że na wyżerkę w restauracji ze szwedzkim stołem (które są tu dość popularne) nie mogę liczyć na pewno między 16 a 20. Jem, kiedy jestem głodna, a nie kiedy wyznacza mi to grafik. Dla mojego Hiszpana jest to tak oczywiste i nie może zrozumieć, dlaczego się burzę, przecież logicznym jest, że o 17 nie dostanę posiłku, o których marzę, ja jednak wciąż przyzwyczajam się do takiego systemu.

Hiszpania to cudowny kraj do życia, jeśli mowa o klimacie, usposobieniu jej mieszkańców, pięknych widokach, ciekawych tradycjach i bezstresowego podejścia do codziennych spraw. Jednakże funkcjonowanie tego kraju od wewnątrz ma sporo niedociągnięć. I nie mówię tu jedynie o wspominanym już setki razy braku kompetencji pracowników urzędów publicznych czy oczekiwaniu miesiąca na załatwienie jednej, prostej sprawy. System kraju ma sobie wiele do zarzucenia. Polityka, ekonomia, edukacja. Wszystkim tym aspektom brakuje porządnej przeróbki.

Kolejną z kwestii, za którą nie przepadam w Hiszpanii to zachowanie dzisiejszej młodzieży. Wiem, że cały świat się już zmienił i żadna trzynastolatka nie bawi się już Barbie i nie wymienia się karteczkami, ale mam wrażenie, że Hiszpania pod tym względem jest jeszcze gorsza. Czternastolatki, które wyglądają jak dorosłe kobiety, a raczej próbują tak wyglądać. Ostry makijaż, pofarbowane włosy, kolczyki na całym ciele, odsłonięte brzuchy, uwydatnione dekolty. Papieros w jednej dłoni, puszka z piwem w drugiej. Z plecaka wysypują się prezerwatywy, których nastolatka użyła już z większą liczbą mężczyzn, niż jej pięćdziesięcioletnia matka. A co w tym wszystkim jest najgorsze? To, że nikogo to nie szokuje, a wręcz wszystkim wydaje się naturalne. Ile razy słyszałam już, że przecież to normalne, że czternastoletnia młodzież uprawia już seks i próbuje używek. Ile razy słyszałam już, że osiemnastoletnia dziewica to dzisiaj rzadkość. A przygodny seks z obcą osobą w dyskotece nikogo nie razi. Jesteśmy przecież wolni. Hiszpańska młodzież (oczywiście generalizuję) jest wyuzdana, wulgarna i momentami zachowuje się, jakby postradała zmysły. Nigdy nie przestanie mnie szokować widok wujka, który podaje papierosa z marihuaną swojemu siedemnastoletniemu bratankowi, gdy w tym samym czasie jego piętnastoletnia dziewczyna wyciąga z torebki tabletki antykoncepcyjne połykając jedną na oczach wszystkich. Przecież to takie normalne. Pamiętajcie, że to jedynie moje obserwacje, które generalizuję na potrzeby tekstu. Poznałam i widziałam także młodzież innego typu, ale to te opisane zachowania najbardziej rzucają mi się w oczy.


Podzieliłam się z Wami kilkoma z aspektów, które drażnią mnie w Barcelonie, których nie lubię w jej mieszkańcach i które chętnie bym zmieniła. Nie są to oczywiście na tyle ważne sprawy, który sprawiłyby, że wyjechałabym z kraju, wciąż bowiem zalet jest dużo więcej. Nie odbierajcie również tekstu jako użalanie się Polki na obczyźnie, ponieważ jest to zwykłe podzielenie się z Wami moją perspektywą pewnych spraw, a chyba każdy z nas ma kilka swoich fobii, rzeczy, których wyjątkowo nie znosi. No, właśnie, opowiedzcie mi, czego Wy nie lubicie w Hiszpanii. 

poniedziałek, 20 listopada 2017

Jak kocha Hiszpan?



O tym jak wygląda związek Polki z Hiszpanem pisałam Wam już kilka razy. Mogliście przeczytać o tym, jak wpływają na nas różnice kulturowe, czy o tym, dlaczego warto związać się akurat z Hiszpanem. Dzisiaj znów opowiem Wam coś o nas. Czy w każdym kraju kocha się inaczej? Czy pochodzenie ma wpływ na to, jakimi jesteśmy kochankami? Czy kultura, w której się wychowujemy kształtuje nasz sposób postrzegania relacji międzyludzkich? Czy może jednak narodowość nie ma żadnego wpływu na miłość? Ile ludzi, tyle charakterów – można by powiedzieć. Zgadzam się, jednak wierzę w to, że miejsce, w którym się urodziliśmy oraz wychowaliśmy także kreuje w nas pewną wizję współżycia z drugim człowiekiem, małżeństwa, rodziny. Jesteście ciekawi, jak kocha mój Hiszpan? Przeczytajcie.

Czy Hiszpanie są zazdrośni? Chyba nie da się odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Poznałam różne typy mężczyzn. Przyznaję, że większość z nich było osobnikami mocno zazdrosnymi o swoje partnerki, ale spotkałam się też z totalnym luzem i zdystansowanym podejściem do tego tematu. Mój Alberto początkowo należał do tej pierwszej grupy. Pierwsze miesiące naszej znajomości oparte były na mocno widocznej zazdrości. Chodziło głównie o to, że kobieta o niebieskich oczach i jasnych włosach w Hiszpanii przyciąga uwagę tubylców, co wcale nie cieszyło mojego partnera. Wraz z budowaniem zaufania i zażyłości w związku zaborczość malała. Dziś, kiedy jesteśmy już rodziną, zazdrość spadła do poziomu naturalnego. Bo która kobieta nie lubi, gdy jej facet od czasu do czasu zaczerwieni się ze złości, gdy ktoś puści do niej oczko, spojrzy na nią dłużej w restauracji, czy rzuci kreatywnym komplementem? Według mnie naturalna zazdrość to po prostu oznaka troski, miłości i tego, że na kimś nam zależy.

Latynoscy kochankowie kojarzą się nam głównie z ogromnymi romantykami i książętami na białych koniach. Czy dzieje się tak dzięki telenowelom i tym w jaki sposób przedstawiani są tam mężczyźni próbujący zdobyć serce kobiety? Być może kogoś zaskoczy fakt, że nikt tu nie śpiewa serenad pod oknem, nie wynajmuje grajków, którzy przygrywaliby romantyczne piosenki podczas kolacji i nie porywa swej ukochanej na brązowym rumaku, by gnać przez pola w kierunku miłości. Hiszpania to z pewnością nie Gorzka Zemsta (Pasión de Gavilanes). Chociaż kto wie? Ja tu się rozgaduję, a może któraś z Was miała takie przygody? Nie mówię, że romantyzm nie istnieje, bo owszem, istnieje, ale sprowadzony bardziej do nowoczesności. Odnoszę się oczywiście do swojego związku. Alberto jest romantykiem, choć nie przesadzonym. Nie napisał dla mnie nigdy piosenki, nie wyłożył całego domu tysiącem róż i nie wykupił samolotu z wielkim miłosnym transparentem. Zrobił za to wiele innych rzeczy, które również zapierały mi dech w piersiach. Mój Alberto jest bowiem osobą bardzo uczuciową, a owe uczucia lubi okazywać w kreatywny sposób.

Niby romantyk, ale z drugiej strony realista. Mój Hiszpan należy do ludzi, którzy uważają, że pierwszy krok niekoniecznie musi należeć do mężczyzny. Jest on zdania, że kobieta także może wykazać inicjatywę, zaskoczyć czymś swojego wybranka, czy przejąć pałeczkę i dla odmiany rozpieścić właśnie jego. Na szczęście trafił na mnie, osobę, która podziela jego opinię. Nie oczekuję więc zawsze niespodzianek jedynie ze strony faceta, lecz czasem to ja postaram się o jakąś dla niego.

Miłość, miłość… Ale jak tę miłość wyrazić słowami? W hiszpańskim mamy dwie formy zwrotu kocham cię. Istnieje te quiero oraz te amo. Czym się różnią oba zdania? Pierwsze – te quiero nazwałabym takim delikatnym kocham cię, które na randkach z ust Hiszpanów pada dość szybko. Można powiedzieć, że to trochę tak jak byśmy powiedzieli, że kogoś bardzo, bardzo lubimy, bardzo nam na kimś zależy. Te quiero bowiem użyjemy także w rozmowie z przyjaciółką, mamą, czy babcią. Te amo jest już tym jedynym i prawdziwym kocham cię. Na te piękne i ważne słowa czasami trzeba poczekać nieco dłużej, a bywa i tak, że nie padają one nigdy. Te amo nie powiesz już do swojego taty, ponieważ ktoś może dziwnie na Was spojrzeć, a jeśli wyrwie Ci się ten zwrot w towarzystwie przystojnego kolegi wiedz, że odbierze on to jako deklarację dozgonnej miłości. Gdy padną już te dwa ważne słowa – te amo – a Ty odetchniesz, że Twój wybranek naprawdę Cię kocha, zazwyczaj w codziennym życiu, aby wyrazić swe uczucia, mówić będziecie później po prostu te quiero. Te quiero przed wyjściem do pracy, te quiero po otrzymaniu prezentu, te quiero za wzięcie zmiany nocnej przy dziecku, te quiero przy pożegnaniu podczas rozmowy telefonicznej. Z mojego doświadczenia powiem, że Hiszpanie lubią używać tych słów i nie wstydzą się rozmawiać o uczuciach.

Hiszpanie, których znam są osobami rodzinnymi. Taki też jest mój wybranek. Rodzina jest dla niego najważniejsza i nie zażartuję, gdy powiem, że poszedłby za nią w ogień. Generalnie mam wrażenie, że dość szybko podejmują oni decyzję o byciu w związku, dość szybko deklarują swe uczucia, decydują się na oficjalne relacje. Inaczej jest jednak w przypadku powiększenia grona rodzinnego. Wiek poniżej 30 roku życia uznawany jest za wczesny, jeśli chodzi o decyzję o dziecku. Zwłaszcza mężczyźni wybierają późne tacierzyństwo. Potomek oznacza bowiem zmianę stylu życiu, być może nowe znajomości – rodziny z dziećmi. Rzadziej już wybrać się będzie można na popularne, podwójne randki. Zresztą jak w każdym kraju, prawda?


Ach, ten mój Hiszpan. Hiszpan, jak Hiszpan – ktoś mógłby powiedzieć. Taki zwyczajny, ale niezwykły w tej swojej zwyczajności. Nie lubi się nudzić, uwielbia spędzać czas ze swoją rodziną, nie znosi spacerów bez celu i zawsze lubi mieć ustalony plan działania.

Opowiedzcie mi o Waszych związkach. Jak kochają Wasi partnerzy, zapewne z całego świata?

czwartek, 16 listopada 2017

4 największe problemy emigracji oraz jak sobie z nimi radzić




Życie na emigracji nie zawsze jest łatwe i usłane różami. A jeśli ktoś twierdzi inaczej, to albo nie mieszkał nigdy na obczyźnie, albo miał w życiu dużo szczęścia i takiej osobie można jedynie zazdrościć. Nie mówię oczywiście, że emigracja to jeden wielki koszmar, a my, emigranci opuszczamy ojczyznę pod przymusem i żyjemy w obcym kraju jak za karę. Większość poznanych mi osób, które podzielają mój los, uważa się za ludzi szczęśliwych i przede wszystkim zadowolonych z podjętych w przeszłości decyzji związanych z wyjazdem z Polski. Żadna jednak nie jest w stanie zaprzeczyć, że nigdy nie dopadł jej gorszy dzień, wątpliwości oraz że nigdy nie postawiła sobie pytania: Czy aby na pewno słusznie postępuję? Życie z dala od ojczyzny nie raz wiąże się z wieloma trudnościami. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o najczęściej występujących problemach, z którymi muszą radzić sobie osoby na emigracji oraz spróbować podpowiedzieć, jak sobie z nimi radzić.

SAMOTNOŚĆ

Kto z nas choć przez moment nie poczuł się samotny? Kto z nas nie tęskni za rodziną? Kogo z nas nie dopadają od czasu do czasu chwile melancholii? Uczucie tęsknoty jest naturalne, w końcu najczęściej w Polsce zostawiamy rodzinę, przyjaciół – wszystkie najbliższe nam osoby. Problem samotności na obczyźnie dotyka przede wszystkim osób, które decydują się na wyjazd zupełnie same. Taki człowiek ląduje w obcym miejscu, wśród obcych ludzi. Minie trochę czasu zanim poczuje się w pełni komfortowo i zakończy się całkowita adaptacja. A gdy jedyną osobą, z którą może podzielić się swymi obawami jest przyjaciel na ekranie komputera, aklimatyzacja może się wydłużyć. Każdy z nas jest inny i inaczej zmaga się z przeszkodami. Osobie wyjątkowo nieśmiałej więcej czasu zajmie zawiązanie bliższych znajomości. Osoba nad wyraz emocjonalna porównywać będzie nowe przyjaźnie z tymi pozostawionymi tysiące kilometrów za sobą żaląc się, że nigdy nie znajdą się na tym samym poziomie zażyłości. Wbrew pozorom mimo, iż to te pierwsze miesiące bywają tymi najtrudniejszymi pod względem technicznym, uczucie osamotnienia pojawia się często dopiero po pewnym czasie. Mija euforia związana z przebywaniem w nowym miejscu, mija ekscytacja, ciekawość. Wkrada się nuda i rutyna oraz pojawiają się pierwsze poważne obowiązki i problemy. To wtedy właśnie najczęściej po raz pierwszy dociera do nas, że nasze życie zupełnie się zmieniło, więc i nasze znajomości muszą się zmienić. Jak zatem radzić sobie z pozostawiającym bolesne pręgi uczuciem samotności na obczyźnie? Przede wszystkim bycie otwartym to pierwsza i najważniejsza rada. Nie należy zamykać się na nowe znajomości, a przede wszystkim na te z osobami z innych krajów. Nikt nie zabrania oczywiście posiadania polskich znajomych, ale Polaków w danym kraju jest znaczna mniejszość, dlatego otwarcie się na tubylców może okazać się owocną w nowe znajomości decyzją. Uśmiechaj się, zagaduj do innych. Nie czekaj aż ktoś przyjdzie do Ciebie, Ty również możesz zrobić pierwszy krok. Pamiętaj, że nic nie tracisz, a możesz jedynie zyskać. Buduj nowe życie oparte na nowych znajomościach, ale nie zapominaj o tych, których zostawiłeś w ojczyźnie. Nie odcinaj się od rodziny i przyjaciół. Staraj się utrzymywać stały kontakt. Dziel się swoimi uczuciami, emocjami, przygodami, obawami. Nie zapominaj jednak, że inni również mają swoje życie i mimo, iż nie zmienili miejsca zamieszkania, także borykają się z osobistymi problemami lub przeżywają swoje radości. Pytaj, okaż zainteresowanie. Spraw, aby kilometry nie zniszczyły relacji, którą często budowałeś przez wiele lat. 

PRZYGNĘBIENIE

Gdy minie pierwsze euforia związana z pojawieniem się w zupełnie nowym miejscu, często przychodzi uczucie przygnębienia. Nagle zdajesz sobie sprawę, że w tym kraju jesteś jedynie gościem. Wydaje Ci się, że nigdy nie osiągniesz tego, co osiągnąć mogą tubylcy. Masz wrażenie, że nigdy nie pozbędziesz się łatki emigranta. Okazuje się, że kraj marzeń wcale nie jest taki kolorowy i oprócz wielu zalet, ma również ogrom wad. Nagle wszystkiego Ci się odechciewa, zaczynasz żałować decyzji o wyjeździe i mimo wielu prób nie odnajdujesz w sobie chęci do działania. Pojawiają się pierwsze problemy, pierwsze przeszkody i kłody pod nogami. Multum spraw do załatwienia, natłok myśli i obowiązków. Pomyśl wtedy, że jesteś jednym z setek tysięcy. Z setek tysięcy, które przebrnęły przez to samo, a teraz cieszą się szczęśliwym życiem. Przypomnij sobie cel Twojej wyprowadzki. Założę się, że nie było nim siedzenie w domu z załamanymi rękoma. Nie spiesz się. Szukaj rozwiązań. Powoli, z rozwagą, a w końcu i one się znajdą. Ciesz się każdym, nawet najmniejszym sukcesem. Mów o nich na głos, dziel się nimi z przyjaciółmi, z rodziną. Nie mów To przecież nic wielkiego, a Osiągnąłem to wszystko zupełnie sam.

 
STRES

Emigrantom często towarzyszy również specyficzny emigracyjny stres. Strach o to, że nie będzie się wystarczająco dobrym. Strach o to, że nie podoła się zadaniom wyznaczonym przez obcojęzycznego szefa. Strach o to, że nie dorówna się rodowitym mieszkańcom danego kraju. Wiele osób w pewnym momencie uderza (błędne) przeświadczenie, że będąc imigrantem w danym kraju nie osiągną żadnych wielkich sukcesów. Zawsze porównują się do tubylców i nie doceniają własnych możliwości. Osoby, które emigrowały jedynie na określony czas będąc przekonanym o powrocie przeraża myśl, że na emigracji pozostaną już na zawsze. Zaczynają stresować się brakiem zaoszczędzonych pieniędzy, wstydzą się wykonywanej pracy, boją się o swoją przyszłość, lecz nie mają odwagi wziąć sprawy we własne ręce. Należy wtedy postawić sobie określony cel nawet, jeśli miałaby być to dana kwota pieniędzy zgromadzona w określonym czasie i dążyć do tego celu przypominając go sobie codziennym zerknięciem na kartkę wiszącą na lodówce. Przypomnieć sobie, od czego się zaczynało i wierzyć w to, że szczeble kariery jeszcze się nie zakończyły. A jeśli marzysz o własnym biznesie, nie trać czasu na marzenia, lecz bierz się za ich realizację. Nie ma znaczenia kraj, lecz chęci i determinacja. Łatwo nie będzie, ale bez podjęcia ryzyka nie dowiesz się, do czego mogłeś dojść.

BRAK AKCEPTACJI

Nierzadko spotyka się również imigrantów, którzy nie potrafią odnaleźć się w nowym kraju, lecz powrót do ojczyzny również z wielu powodów jest w danym momencie niemożliwy. Nowy kraj to nowi ludzie, nowe tradycje, nowe zwyczaje, nowy język, nowy klimat… Zupełnie nowa codzienność. Nie każdy człowiek jest w stanie zaadaptować się w mgnieniu oka, za to aklimatyzacja trwa miesiącami nie przynosząc żadnych efektów. Spróbuj wtedy w miarę możliwości nie odcinać się od polskości. Na zewnątrz kultywuj tradycje swego nowego kraju, a w domu czuj się jak w Polsce. Otwórz się na nową kulturę, ale bez konieczności rezygnowania z tej polskiej. Krok po kroku zaakceptujesz nową sytuację, lecz nigdy nie stracisz poczucia, że odebrano Ci Twą polskość.

My, emigranci mimo często szczęśliwego i spełnionego życia czasami spotykamy się z typowymi dla emigracji problemami. Grunt to zdać sobie z nich sprawę i nie ukrywać ich przed bliskimi. Chwila słabości nie jest żadną ujmą. Nie wstydźmy się prosić o pomoc. Pomoc nawet profesjonalną, bo właśnie krok w kierunku zmiany świadczy o dojrzałości i chęciach poprawy. Czy Wam też zdarzyło się przebrnąć przez któryś z opisanych problemów? Jak sobie poradziliście? Podzielcie się swoją historią i doświadczeniem. A może dodalibyście coś do tekstu?

Jeśli uważasz, że tekst może przydać się Polakom borykającym się z problemami emigracji, udostępnij go na zewnątrz.

poniedziałek, 13 listopada 2017

9 powodów, dla których warto odwiedzić Hiszpanię




Pisałam już kiedyś o kilku powodach, dla których warto odwiedzić Barcelonę. Dzisiaj pójdę o krok dalej i spróbuję zachęcić do spotkania z Hiszpanią tych, którzy nie mieli jeszcze okazji jej widzieć. Ci z Was, którzy tu mieszkają lub bywają wakacyjnie, na pewno byliby w stanie w mgnieniu oka wymienić zalety tego pięknego kraju i te aspekty, które przyciągają co rok miliony turystów. Pojawiłby się na pewno cudowny klimat i słońce grzejące przez większość część roku, piękne widoki, bo zarówno dla miłośników wody i plażowania, jak i gór i wspinaczek, powszechna radość i przyjazne usposobienie mieszkańców, czy pyszna śródziemnomorska kuchnia. Ja skupię się dzisiaj na konkretach i podam 9 namacalnych dowodów na to, iż Hiszpania powinna znaleźć się na liście wakacyjnych planów każdego z Was. Pamiętajcie jednak, że u mnie jak zwykle z przymrużeniem oka.


 
W Hiszpanii, a dokładniej w Galicji znajduje się najlepsza plaża na ŚWIECIE (według listy UNESCO). Kto by pomyślał, że tak cudowne miejsce do plażowania znajduje się na wyciągnięcie ręki?


  
Hiszpania znajduje się na liście najczęściej i najchętniej odwiedzanych miejsc na świecie plasując się na trzecim miejscu w rankingu. Skoro ludzie z całego globu lgną właśnie do tego kraju, nie trzeba chyba nikogo długo przekonywać do tego, że warto pomyśleć o rezerwacji biletów na przyszłe wakacje.



Wyspy Kanaryjskie to najcieplejsze podczas zimy miejsce w Europie. Jeśli dość masz polskiego mrozu, pluchy i śniegu, nie zastanawiaj się długo, bo już wiesz, gdzie w lutym wygrzejesz się na słonecznej plaży. 



W Hiszpanii (w Gironie) znajduje się jedna z najlepszych restauracji na świecie. El Celler de Can Roca od wielu lat niezmienne utrzymuje się w pierwszej trójce rankingu skupiającego najwykwintniejsze restauracje świata, skacząc naprzemiennie między pierwszym, drugim, a trzecim miejscem. Warto również wspomnieć, że w owym plebiscycie spośród 50 restauracji aż 7 znajduje się na terenie Hiszpanii.


 
W Hiszpanii, na Ibizie pobawimy się również w najlepszym klubie na świecie – Space Ibiza. Miłośnicy całonocnych imprez na pewno nie odmówiliby tańca w rytm głośnej muzyki granej przez jednego z najznakomitszych DJ-ów. Założę się, że podobną noc wspomina się przez długi czas.


 
Hiszpania to miejsce, które skupia w sobie ogromną różnorodność tradycji i zwyczajów. Nie ma chyba drugiego takiego kraju, który pochwaliłby się tak ogromną liczbą fiest i świąt, które posiada Hiszpania. Jedną z nich jest San Fermin odbywający się w Pampelunie. W skrócie – ludzie z całego świata integrujący się i bawiący wspólnie nieprzerwanie przez niemalże dwa tygodnie. Jest to bez wątpienia niezapomniana przygoda. 


 
W Hiszpanii, w parku rozrywki Port Aventura w Salou znajduje się jedna z pięciu najdłuższych metalowych kolejek górskich na świecie. Jest to zarazem najdłuższa i najwyższa tego typu atrakcja w Europie. Miłośnicy podobnych rozrywek na pewno spędzą tam pełne adrenaliny chwile, do których wracać będą po latach.

Na koniec zostawiłam dwa, równie ważne powody, dla których warto odwiedzić Hiszpanię. Spójrzcie i powiedzcie, czy nie byłoby ciekawie poznać takie piękne osobistości?

Dla kobiet:

Miguel Ángel Silvestre
 
Dla mężczyzn:

Amaia Salamanca

Przekonałam Was? Co byście jeszcze dodali do wyżej wymienionych faktów? A jeśli spodobał Ci się post, udostępnij rozsyłając miłość do Hiszpanii, niech inni również się zakochają.

czwartek, 9 listopada 2017

Modlitwa Hiszpana




Panie Jezu, dobry Boże dzisiaj chciałbym prosić Cię o niewiele. To był długi dzień, jestem zmęczony, wiesz, że długie przemowy nie są moją specjalnością, więc nie zabiorę Ci dużo czasu. Wstanę jeszcze tylko spuścić żaluzje, nie znoszę budzić się z oślepiającym blaskiem słońca na twarzy. 

Zbliża się północ, na wstępie chciałbym Cię prosić, aby dziś w nocy nie zbudził mnie hałas tej okropnej śmieciary, która co noc wywozi śmieci. Dlaczego nie przeniosą kontenerów dwie ulice dalej? Pogadaj z Marią Jose z trzeciego piętra, żeby nie kupowała rano pięciu bagietek na raz, bo wczoraj nie miałem co zjeść na śniadanie. 

Zupełnie wypadło mi z głowy, że mam do załatwienia pewną ważną sprawę w urzędzie. Mogę prosić Cię o to, abym nie zastał tam dwudziestometrowej kolejki? Szepnij słówko jednej z urzędniczek tak, aby wpuściła mnie bez wcześniejszego umawiania się przez Internet. Wiesz, że mam dużo na głowie i zupełnie zapomniałem zadbać o to wcześniej. I proszę, niech trafi mi się ktoś kompetentny. Chciałbym wyjść z urzędu z uśmiechem na twarzy i z załatwioną sprawą, a nie wracać tam jeszcze trzy razy. Mógłbyś również porozmawiać ze specem od pogody, aby jutro nie szalał tak z upałem i wrzucił na termometr kilka stopni poniżej 40? Pracuję od rana, a słoneczne promienie wkradające się do mojego sklepu nie pozwalają mi odpędzić marzeń o błogim przedpołudniu spędzonym na plaży.

Jak już zeszliśmy na temat pracy, to chciałbym prosić Cię, abyś powstrzymał śmiałków, którzy mają w planach jutro ewentualny strajk komunikacji miejskiej. Tydzień temu przez manifestację pracowników metra spóźniłem się do pracy i całe szczęście, że szef sam pojawił się pół godziny po czasie, bo mógłbym mieć kłopoty. Bez manifestacji i bez turystów, proszę. Z rana lubię usiąść sobie w metrze, w końcu stoję w pracy cały dzień. No i wiesz, to co zwykle, żeby jutro było mało roboty, nie lubię się przepracowywać. Spróbuj też postarać się o to, aby na dziesięć minut przed zamknięciem na czas sjesty nie wpadł do mnie jakiś zabłąkany klient. Wiesz, że lubię się nastroić do mojej przerwy, a wybijanie mnie z relaksu i euforii na kilka minut przed wyjściem jest zwyczajnie nieludzkie. Wyślij, proszę wszystkich obcokrajowców do podobnego sklepu dwie ulice dalej. Wiesz, jak stresuje mnie rozmowa w języku angielskim. Nie zapominaj tylko o Rosario, wiesz, ta z niebieskimi oczami. Podobno ma kogoś, ale nikt nie zabroni mi przecież trochę poflirtować, prawda? 

Podczas przerwy na obiad zdrzemnę się dzisiaj w domu. Kupię coś na obiad po drodze. Mam nadzieję, że tym razem puszczą nowy odcinek Simpsonów, mam już dość tych powtórek. Wczorajszy wypad na jedno piwo zakończył się butelką rumu i powrotem do domu wraz ze wschodzącym słońcem. Wciąż leczę kaca. Tylko błagam, żeby pies Jesusa spod 14. nie ujadał całe popołudnie. Po kilku godzinach ciężkiej pracy, potrzebuję przecież odpoczynku.
Obiecałem mamie, że przyjdę dzisiaj na kolację. Namów ją, aby zrobiła te swoje pyszne krokiety. Wiesz, że nikt nie przyrządza tak cudownych krokietów jak moja mama. FC Barcelona gra jutro mecz. Chyba nie muszę głośno prosić o wynik, prawda? Wierzę, że tam, na górze Ty też im kibicujesz. A Ronaldo niech dostanie czerwoną kartkę. I może jakąś kontuzję. Taka, która wykluczyłaby go z gry na jakieś dwa miesiące. Dwa miesiące to chyba niedużo, nie? Wieczorem puszczają najnowszy sezon La que se avecina. Oby był tak samo dobry jak ten poprzedni. Pamiętasz, jak kiedyś Cię o to prosiłem? Wiesz, że to mój ulubiony serial i nigdy nie przegapiłem ani jednego odcinka. 

Ups, zrobiło się późno. Miało być krótko i zwięźle, a jak zwykle się rozgadałem. Chyba jednak to krótkie przemowy nie są moją mocną stroną. Widzimy się jutro o tej samej porze. Zobaczymy, co przyjdzie mi do głowy przez cały jutrzejszy dzień.


Modlitwa typowego Hiszpana. O co jeszcze mógłby on poprosić? Pamiętajcie, że jest to tekst napisany z przymrużeniem oka, który miał na celu skupienie cech wspólnych narodu hiszpańskiego i opisanie stereotypowego Hiszpana (Barcelończyka). Nie bierzcie wszystkiego na poważnie.