sobota, 27 maja 2017

Katalończyk, brat Polaka




Czy wiecie, że Katalończycy przez resztę Hiszpanii nazywani są los polacos (polacy)? Myślę, że dla tych, którzy mieszkają w Hiszpanii informacja ta nie była obca, a u tych, którzy słyszą ją po raz pierwszy narodziło się w tym momencie pewnie jedno podstawowe pytanie: dlaczego? Teorii jest kilka i tak naprawdę ciężko powiedzieć, która z nich jest tą ostateczną. Być może wszystkie mają w sobie część prawdy i łączone w całość nadają wszystkiemu sens. 


Katalończycy z dumą mówią o sobie los polacos (pisane zawsze z małej litery) i z wielką uprzejmością odnoszą się do Polaków, lecz gdyby zapytać o pochodzenie przydomka, większość nie potrafiłaby udzielić odpowiedzi. Zapytałam o to z ciekawości Alberto, zaintrygowana, którą z teorii będzie znał właśnie on. Nie zaskoczyło mnie, gdy usłyszałam, że tak bliski nam przydomek wiąże się z językiem katalońskim, który dla reszty Hiszpanii jest niezrozumiały i kolokwialnie mówiąc ma dziwne brzmienie. Mnie oczywiście nie wystarczyło tak proste wyjaśnienie, które zresztą wydawało mi się dość absurdalne. Kataloński w niczym nie przypomina polskiego, a sam fakt problemu w komunikacji z resztą Hiszpanii nie tłumaczy, dlaczego na przezwisko wybrano właśnie słynne los polacos. Można by ich przecież spokojnie nazywać Portugalczykami, czy Francuzami. Miałoby to większy sens ze względu na to, że katalońskiemu bliżej do języków tych właśnie dwóch nacji, niż do naszego ojczystego. Szczerze zainteresowana zaczęłam zgłębiać ten temat i z zebranych informacji postanowiłam złożyć ten tekst dla tych, których temat polskości w Katalonii zaciekawił równie mocno, jak i mnie.


Pierwsza z teorii faktycznie skupia się na językach i przekonuje, że przydomka doczekano się w trakcie wojen napoleońskich, w których brali udział polscy żołnierze walczący u boku Francuzów. W odróżnieniu jednak od francuskich towarzyszy broni nie byli oni okrutni, nie uczestniczyli w plądrowaniu majątków i szanowali cudzą własność. Ostatecznie wielu Polaków niezadowolonych z przymuszania do zwalczania ruchów, których idee nie były im wrogie, podczas wojny hiszpańskiej w Katalonii zaczęli wspierać lokalne oddziały zwolenników niepodległości. Zawierano nawet mieszane polsko-hiszpańskie małżeństwa. Polscy żołnierze podobnie jak katalońscy dla reszty Hiszpanii mówili niezrozumiale i dziwnie. Oba języki błędnie potraktowano jak jeden – polski i zarówno jednych, jak i drugich zaczęto nazywać los polacos. Sam Bonaparte miał wyrazić opinię, że języki kataloński i polski są do siebie fonetycznie podobnie, oba szeleszczą i w obu słyszy się „ć”, „sz”, „dź”. Inna podobna  hipoteza wiąże się z XVII wiecznymi czasami przekazów polskich towarów transportowanych z Gdańska do Barcelony. W Barcelonie na statki zaciągali się katalońscy marynarze i razem z Polakami płynęli do portów w Andaluzji. Mieszkańcy tamtejszych rejonów słuchając mieszaniny dwóch dziwnych języków zaczęli utożsamiać Katalończyków z Polakami i zgodnie z przypuszczeniami, to właśnie oni zaczęli nazywać Barcelończyków los polacos.




Ciekawą koncepcję przedstawia historyk Marek Pernal, który twierdzi, że po pokonaniu Napoleona Katalończycy domagali się od Korony Hiszpańskiej otrzymania tej samej autonomii, jaką Rosja po kongresie wiedeńskim oferowała Królestwu Polskiemu. Walczyli o prawa dla swoich ziem i regionów, o własną konstytucję i odrębną administrację. Katalończycy byli tak nieustępliwi i tak głośno wołali o swoje prawa, że z czasem zaczęto nazywać ich „Polakami”. 


Obraźliwe zabarwienie przydomek Katalończyków uzyskał podczas dyktatury generała Franco, któremu mniejszości i odrębności stawały na drodze do stworzenia Wielkiej i Niepodzielnej Hiszpanii. Zwłaszcza Katalończycy, którzy uparcie i dumnie posługiwali się swoim językiem, a którego używania ostatecznie zakazano. Frankistowskim wojskowym przeszkadzało, że katalońscy rekruci nie mówili między sobą po hiszpańsku i porównywanie ich do Polaków miało poniżyć, upokorzyć i wytknąć ich nieakceptowaną odrębność porównywalną do Polaków – narodu bez Ojczyzny. 


Oprócz teorii skupiających się wokół historii i podobieństwa obu nacji opierających się dawniej na przeświadczeniu, że „Katalonia jest dla Hiszpanii tym, czym Polska dla Rosji” natknęłam się również na koncepcję, która pochodzenie przydomka tłumaczy skąpstwem Katalończyków. Podobno przez resztę Hiszpanii są oni odbierani jako ogromni skąpcy, co w tym poglądzie miałoby nadawać im podobieństwa do Polaków. Przypuszczenie to nie jest jednak zbyt przekonujące, Polacy bowiem nie są uważani przez resztę Europy za tych najbardziej oszczędnych, więc przezwisko traciłoby sens. Takim wyjaśnieniem raczą się chyba ci, którzy o historii wiedzą niewiele, a jakąś tezę muszą przecież mieć. 


Mimo obelżywego wydźwięku, które przydomkowi nadano w czasach rządów Franco, dziś sami Katalończycy nie czują się obrażani, a wręcz dumni z posiadania owego przezwiska wierząc, że uzyskają kiedyś niepodległość tak, jak stało się to i w przypadku spisanej na straty Polski. 



Dawno temu, gdy siedziałam w jednym z barcelońskich barów wdałam się w miłą pogawędkę z jednym z kelnerów. Po usłyszeniu skąd pochodzę rozradował się i zapytał z pełnym entuzjazmem „Wiesz, że na nas, Katalończyków mówią los polacos?”. Wiedziałam, ale udałam zaskoczoną, aby sprawić mu tym jeszcze większą radość. 


Zastanawiam się czasami, czy to owy bliski nam Polakom przydomek ciągnie nas podświadomie w te rejony i rozkochuje w Barcelonie. Może znając historię nadania przezwiska w głębi utożsamiamy się z tym narodem. 


Dzisiejszy tekst różni się od innych. Tym razem nie opiera się na odczuciach, czy subiektywnych poglądach, ale skupia w sobie fakty i skrupulatnie szukane informacje. Mam nadzieję jednak, że spodobała Wam się ta chwilowa odmiana, a może nawet dowiedzieliście się z wpisu czegoś nowego. Wiedzy nigdy za wiele, a kto wie, czy po przeczytaniu tych paru słów, następnym razem, gdy Hiszpan zagadnie Was chcąc zabłysnąć ciekawostką o Katalończykach-Polakach, to Wy nie wykażecie się większą błyskotliwością i zaskoczycie go wiedzą na temat korzeni przydomka, jak można przypuszczać, wiedząc przy tym więcej od owego osobnika. 


To jak, znaliście katalońskich los polacos, czy tekst całkowicie Was zaskoczył? A może znacie jeszcze jakieś inne teorie, o których nie wspomniałam ja?

wtorek, 23 maja 2017

Polska oczami Hiszpana




O życiu w Barcelonie możecie czytać na blogu przy okazji każdego nowego postu. Dzielę się z Wami moimi doświadczeniami, przemyśleniami, faktami, ciekawostkami, czy drobnymi radami. Dzisiaj chciałabym odwrócić trochę role i opowiedzieć Wam o tym, jak mój partner Alberto postrzega Polskę i jak czuje się w moim rodzimym kraju. Tekst pisany z dawką humoru, nie bierzcie wszystkiego dosłownie. Napisany oczywiście na podstawie tego, co sam bohater mi przekazał. 

PIERWSZE WRAŻENIA

Pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy, gdy wyszliśmy z lotniska i znaleźliśmy się na polskich drogach dotyczyła jasnej karnacji Polaków. Dla nas wydaje się to normalne, ale Alberto śmieje się, że naprawdę czuje się dziwnie będąc jedną z niewielu osób w autobusie, która ma ciemne oczy, włosy i mocno zapuszczoną brodę. W Warszawie widok obcokrajowca nikogo oczywiście nie zaskakiwał, ale już w mojej rodzinnej miejscowości wpatrywano się w niego momentami, jak w wyjątkowo udany produkt na wystawie sklepowej. Rzadko widuje się tam bowiem kogoś, kto posługiwałby się innym językiem niż polski. Pierwszy raz wylądował w Polsce w październiku i przyznał, że spodziewał się zimna jak z Syberii, więc pozytywnie zaskoczyło go to, że nie musiał chodzić opatulony jak Eskimos. Mimo to, gdy któregoś dnia za oknem zaczął padać śnieg, Alberto chwycił telefon, wyskoczył na zewnątrz i zaczął filmować to jakże rzadkie dla niego zjawisko. Po jego reakcji spodziewałam się tam co najmniej statku Ufo albo gadającego psa, dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że filmuje padający śnieg, który to filmik w pośpiechu wysłał wszystkim swoim znajomym. Mnie to bawi, ale staje się zrozumiałe, gdy pomyślę, że śnieg widział zaledwie kilka razy w życiu. Zbaczając z tematu pogody, Alberto zdradził też, że początkowo myślał, że mamy więcej wspólnego z Rosją, że prawie wszyscy potrafią mówić po rosyjsku, a na ulicach spotka akcenty komunizmu. Historię zna dobrze, więc chyba za bardzo się nią zasugerował. 


RÓŻNICE 

Gdy spytałam go o najbardziej dostrzegalne różnice między Polską a Hiszpanią, w odpowiedzi usłyszałam: gastronomia. Pewnie nikogo to nie zaskakuje. Kuchnia polska różni się od śródziemnomorskiej. Alberto zaznaczył, że pierwszym przykładem jest spożywanie dużej ilości ziemniaków. My obiad jemy z kopcem kartofli, on zagryza bagietką. Tej właśnie bagietki do posiłków brakuje mu najbardziej. Ja nie potrafiłabym jeść wszystkiego z chlebem, a dla niego to warunek obowiązkowy. Inną z różnić jest według Alberto charakter ludzi. Polacy są poważni i jak sam żartobliwie mówi, brakuje im radości i rozluźnienia. Jakby chciał nam powiedzieć – dajcie na luz, przestańcie się tak wszystkim przejmować, więcej spontaniczności. Słusznie zauważa, że powodem takiego zachowania może być pogoda. Słońce, które zalewa Barcelonę swymi promieniami połowę dni w roku, nie pozwala na smutki i przygnębienie. Z drugiej jednak strony uważa, że Polacy są dobrze wychowani, wyedukowani, zrespektowani i zawsze potrafią się odpowiednio zachować. Ja śmieję się, że myśli tak dlatego, że nie rozumie naszego języka, a poważny i zamknięty nie zawsze znaczy dobrze wychowany. Odnosząc się do wspomnianego braku luzu, Alberto przyznaje, że jak trzeba, to potrafimy bawić się na całego i jak chyba każdy obcokrajowiec zauważył, że inaczej niż w Hiszpanii, w Polsce pije się mnóstwo wódki. Śmieje się, że w Hiszpanii spotkasz może cztery marki wódki, podczas gdy w Polsce brakuje półek sklepowych do układania różnych odmian, smaków i wielkości. Nauczył się też przy mnie pić piwo z sokiem, które wydawało mu się początkowo dziwną abstrakcją żartując, że dolewamy do piwa syrop, który on pije na przeziębienie. W Barcelonie jedyne piwo smakowe, jakie się pije, to clara – zwykłe piwo z dodatkiem fanty cytrynowej. A, i również picie przez rurkę. Jego znajome piją piwo bezpośrednio ze szklanki. Jak już mówimy o alkoholu i zabawie, to wspomnę też o ubolewaniu Alberto ze względu na fakt, że w Polsce nie słucha się powszechnie reggaetonu i rzadko kiedy usłyszymy ten rodzaj muzyki w polskich dyskotekach, który króluje natomiast tutaj, w Hiszpanii. Kolejną mocno dostrzegalną różnicą jest sposób witania się. W Hiszpanii słynne dwa całusy, którymi obdarowujesz nawet zupełnie obcych Ci ludzi, u nas zwykłe podanie ręki, ewentualnie szybki buziak, objęcie się z bliskimi osobami. Ostatnią z różnic jest według Alberto komunikacja miejska, którą uważa za dużo lepszą z naciskiem na punktualną w Polsce. To chyba dlatego, że pociągiem w Polsce jechał może sześć razy i nigdy w trakcie prawdziwej, mroźnej zimy. Przecież do dziś pamiętam wielogodzinne opóźnienia pociągów z powodu pogody, ogromne korki i blokadę uliczną spowodowaną opadami śniegów w Warszawie, a co za tym idzie, przynajmniej kilkunastominutowe oczekiwanie na przyjazd Twojego autobusu z odmarzniętymi palcami od stóp.

ZASKAKUJĄCE FAKTY

Alberto mówi, że zaskakuje go ogromny wpływ kościoła katolickiego na kraj. Uważa, że Polska jest państwem religijnym, dużo bardziej niż Hiszpania (dodam tutaj, że dotychczas akurat ja myślałam wręcz odwrotnie, ale Alberto uświadomił mi, że wielkie procesje wielkanocne nie mają nic wspólnego z wpływem religii na kraj i politykę). Przy okazji ostatniej wizyty, kiedy chrzciliśmy Alexa, Alberto był naprawdę mocno zaskoczony liczbą młodych osób uczestniczących w mszy. Ja tam wcale nie uważałam, że było ich wielu, tym bardziej, że był to mały kościół, ale Alberto głośno zaznaczał, że w Barcelonie nie spotkasz nawet połowy z nich. Innym zaskoczeniem był dla niego nasz polski patriotyzm. Jak mówi, widać, że jesteśmy dumni z naszego kraju i historii, którą przyszło nam przeżyć. Nie mowa tu oczywiście o typowych kibolach aka Polska dla Polaków, którzy z ważnych dat historii, oprócz daty utworzenia ulubionego klubu piłkarskiego wiedzą niewiele. Oczywiście pozytywną niespodzianką okazały się ceny, śmiesznie niskie dla Alberto ceny. Jasne, dla kogoś kto zarabia w euro, ceny faktycznie są niskie i pamiętam, jak Alberto wychodząc z supermarketu zrobił zdjęcie paragonu i wysłał znajomym z dopiskiem – To wszystko za jedyne 20 euro. Oczywiście zdaje on sobie sprawę, że żyjąc za złotówki tak tanio już nie jest. Choć zaznaczę tu, że nie wszystko wydawało mu się dużo tańsze niż w Hiszpanii, nawet przeliczając cenę jeden do jednego. Wino to jeden, z tych produktów, którego cena w Polsce jest kilka razy wyższa. Pewnie chodzi tu o dostępność, jednak nigdy nie zapomnę, gdy w karcie win w Polsce znaleźliśmy butelkę hiszpańskiego wina za 370zł, które tutaj kosztuje dokładnie 12 euro. 

 
CZEGO CI BRAKUJE?

Jak sam Alberto zauważa, do szczęścia nie potrzeba mu wiele. Gdy zapytałam, czego brakuje mu w Polsce odpowiedź była szybka i prosta: słońce, wino, jamón serrano. Hiszpanie lubią dobrze zjeść i delektować się posiłkiem. Wydaje mi się, że w Polsce nie przyjęto do końca nawyku spożywania wina do kolacji, czy obiadu, które znowu w Hiszpanii leje się litrami. A, że przy tym obiedzie Hiszpanie lubią sobie dużo pogadać, Alberto brakowałoby w Polsce oczywiście języka. Szansa, że ktoś biegle mówi po hiszpańsku jest bowiem niska.

POLSKA RODZINA

Dla Alberto nie ma większego znaczenia to, że jego rodzina ze strony partnerki jest polska, a nie hiszpańska. Jedynym ogromnym minusem jest oczywiście możliwość porozumiewania się. Moja mama potrafi dogadać się po hiszpańsku, więc jest to duży plus, jednak jest to jedyna osoba spośród wielkiej rodziny, z którą Alberto może spokojnie porozmawiać w swym rodzimym języku. Jest również angielski, jednak bariera językowa ucina czasem język i jak wiadomo, po angielsku to nie to samo, co po swojemu, a przy okazji osoby starsze, babcie czy ciocie po angielsku nie mówią. Zresztą Alberto nie zawsze chce przymuszać innych, aby specjalnie dla niego mówili po angielsku, kiedy wie, że ich językiem jest polski, ponieważ wychodzi z założenia, że to on znajduje się w Polsce, więc powinien dostosować się do nas, Polaków, choć w praktyce jest to dużo trudniejsze, niż w teorii. Ktoś powie – niech się nauczy polskiego – jeszcze chyba zanim dobrze zastanowi się, jak trudny do opanowania jest to język. Słówka, zwroty, owszem, ale język polski, to nie język, którego można nauczyć się w rok. Sam Alberto złapał się za głowę i nie mógł uwierzyć, kiedy powiedziałam mu, jak wiele mamy form odmiany liczebnika dwa. Śmieje się, że ten, kto wymyślił polski, musiał być bardzo sfrustrowanym człowiekiem. Ja jestem w stanie zrozumieć, że nie jest to dla niego komfortowa sytuacja i wiem, jak bardzo chciałby móc normalnie porozmawiać ze wszystkimi, dlatego staram się tłumaczyć i pomagać mu uczestniczyć w życiu rodzinnym. Owe życie rodzinne, jak mówi Alberto różni się w paru aspektach od tego, które znał dotychczas. I tak choćby zwracanie się do teściów mamo/tato jest dla niego totalną abstrakcją, czymś, co w Hiszpanii nie ma powszechnie miejsca. Zauważył też, jak dużą wagę przykłada się do świąt opierając swoje zdanie na doświadczeniu z zeszłorocznych Świąt Bożego Narodzenia, które spędziliśmy w wielkim gronie mojej rodziny. Dzielenie się opłatkiem, składanie życzeń, modlitwa. Alberto tego nie znał. Gdy mój brat dzieląc się opłatkiem składał mu życzenia, ten odpowiedział po prostu dziękuję, ponieważ nie wiedział, że powinien dodać coś od siebie. Abstrahując od tych różnic i trudności wiem, że Alberto czuje się dobrze w swojej polskiej rodzinie i powiem prosto – zwyczajnie lubi wizyty w Polsce. 


KILKA SPOSTRZEŻEŃ

Alberto przepada za Polską. Uważa, że to ładny kraj, ładniejszy niż wielu ludzi z założenia twierdzi. Sam określa Polskę, jaką wielką Galicję, w której mieszkał kilka lat spory czas temu. Zawsze przy odwiedzinach mówi, że Polska przypomina mu i krajobrazem, i pogodą, i charakterem właśnie Galicję. Urlop w Polsce kojarzy mu się głównie z pysznym jedzeniem mojej mamy, odwiedzaniem pobliskich jezior, wizytami polskiej rodziny, do której może się tylko uśmiechać marząc, aby za dotknięciem magicznej różdżki wszyscy mówili w jednym języku oraz oszalałą na punkcie wnuczka babcią. Język polski to dla niego same szumienie – sz, cz, ś… i nie wiadomo czemu, bardzo bawią go końcówki –inki – witaminki, malinki oraz –owa – plastikowa, kolorowa. Czasami, gdy jakieś słowo po polsku brzmi podobnie, do któregoś hiszpańskiego, ale ma całkiem inne znaczenie, również się śmieje. Przykładem są tu do spania – España, dalej – dale, vale. Nie docenia swoich możliwości i twierdzi, że mimo chęci, polski jest bardzo trudnym językiem do opanowania. Ja jednak wierzę, że któregoś dnia usiądziemy we trójkę przy stole i porozmawiamy sobie spokojnie po polsku. 

Jeśli macie ochotę, to podzielcie się historiami z Waszych międzynarodowych związków. Jestem ciekawa i chętnie poczytam.

piątek, 19 maja 2017

Z życia emigrantki




O życiu na emigracji można czytać w Internecie w nieskończoność. Jedni narzekają chcąc za wszelką cenę wrócić do Polski, inni nie wyobrażają sobie powrotu do ojczystego kraju. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moją historią i opowiedzieć, jak to jest z tym życiem na emigracji w moim przypadku oraz przedstawić ogólne przemyślenia na ten temat.

Do Hiszpanii wyjechałam, ponieważ zwyczajnie chciałam. Tak, odkąd pamiętam moim marzeniem było zamieszkanie w Hiszpanii i owo marzenie udało się spełnić. Z Polski nie „wypędziła” mnie pogoń za szukaniem pracy, czy beznadziejna sytuacja ekonomiczna (w końcu w Hiszpanii na ten moment w tym aspekcie jest gorzej niż w Polsce!), dlatego moja sytuacja różni się nieco od położenia młodych ludzi, którzy lawinowo emigrowali np. do Anglii w poszukiwaniu lepszego bytu i odłożenia paru złotych. Sprawa była nieco ułatwiona, ponieważ na miejscu miałam chłopaka, więc nie musiałam zmagać się z problemami emigrantki zupełnie sama i zawsze miałam na kogo liczyć w każdej dziedzinie życia. Wiem, że gdybym była zupełnie sama, decyzja o wyprowadzce do Barcelony byłaby dużo trudniejsza, dlatego podziwiam ludzi, którzy rzucają wszystko i są na tyle odważni, aby przenieść swoje życie do innego kraju będąc tam zdanymi jedynie na samych siebie. Mimo sprzyjających okoliczności i miłości do kraju, w którym żyję, i mnie dopadają chwile chandry i z sentymentem wspominam życie w Polsce.

Należę do osób, które przywiązują się do ludzi, chociaż może nie jestem typem człowieka, który każdą napotkaną osobę zaraz nazywa przyjacielem i ma grono znajomych w niemalże każdym mieście Polski. Jednakże posiadam kilka naprawdę bardzo bliskich mi osób, z którymi utrzymuję kontakt mimo dzielących nas kilometrów. To właśnie za rodziną i przyjaciółmi tęsknię oczywiście najbardziej. Przyzwyczajona byłam do codziennych spotkań ze znajomymi, które z chwilą mojego wyjazdu zmieniły się w wizyty 3 czy 4 razy do roku, a jedyne spontaniczne spotkania, to te na skype. Wiem, że w Barcelonie mam szansę na zawarcie kolejnych przyjaźni i mam już paru znajomych, jednakże z wiekiem jest nam coraz trudniej zawiązywać nowe znajomości i starać się, aby były tak silne, jak te trwającego długie lata. Często też brakuje na to czasu, bo albo praca, albo dom, a wolne weekendy zwyczajnie chce się spędzać w kręgu rodzinnym, bo w tygodniu niekiedy brakuje chwili na rozmowę, czy zabawę z dzieckiem. My sytuację mamy utrudnioną, ponieważ zarówno moja rodzina, jak i rodzina mojego partnera żyje poza Barceloną, moja w Polsce, jego na drugim końcu Hiszpanii. Być z malutkim dzieckiem zupełnie samą, gdy babcia nie może przyjść z ratunkiem, kiedy nie spałaś trzy noce pod rząd, aby trochę Cię odciążyć, czy gdy przyjaciółka nie może wpaść na kawę, aby porozmawiać nie o kupkach, pieluchach i ząbkowaniu, zwłaszcza w momentach kryzysowych, nie jest łatwo. A takie momenty kryzysowe zdarzają się i mnie. Bo jeśli macierzyństwo już samo w sobie jest niezwykle trudnym zadaniem, to jak ma takim nie być na emigracji, która mimo, iż z własnego wyboru, to nie zawsze jest kolorowa. Już same odwiedziny bliskich, to nie lada wyzwanie. Lot samolotem to jakieś 3 godziny, niby niedługo, na studiach powrót do domu pociągiem zajmował mi 6 godzin, ale i tak traci się na podróż cały dzień. Nie wystarczy tylko wsiąść do samochodu i odjechać. A jak podróżowałaś kiedyś sama z dzieckiem, jak to zdarzyło się i mnie, to wiesz doskonale, że bez pomocy obcych Ci ludzi się nie obędzie. Dobrze, że Alex znosi loty samolotem bardzo dobrze i nie urządza dwugodzinnych koncertów, bo lecąc sama nie mogłabym podrzucić go tacie unikając tym wrogich spojrzeń pasażerów i udawać, że właśnie się poznaliśmy. 

Hiszpanie to odmienny od Polaków naród i nie każdemu może przypaść do gustu sposób, w jaki żyją. Ja lubię tę ich otwartość, powszechny entuzjazm i przyklejony do twarzy uśmiech, ale czasami ma się już dość ogólnej nieodpowiedzialności, braku organizacji, czy nawet niepunktualności. Gdy któryś z moich przyjaciół boryka się z problemem, staramy się przeanalizować sytuację i próbować znaleźć rozwiązanie. W Hiszpanii często usłyszałabym „Nie przejmuj się.”, „To nic takiego.”, „Jakoś będzie.”, a przecież w kryzysowym momencie ostatnie, co chcemy usłyszeć, to właśnie to proste, nadużywane zdanie. A jednak rozmowy na skype z polskimi przyjaciółmi nigdy całkowicie nie zastąpią spotkań i plotek w cztery oczy.

Decydując się na wyjazd do Barcelony mimo pomocy partnera, musiałam zacząć wszystko od nowa. Moje życie zmieniło się o 180 stopni i startowałam niemalże od zera. Mieszkanie, praca, to tylko techniczne aspekty emigracji, a przecież oczywistym jest, że samo zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu trwa pewien okres, nie wspominając już, ile czasu kosztuje przystosowanie się do obcych miejsc za granicą. Język, kultura, zwyczaje, różniąca się od dotychczasowej codzienność. Nierzadko w tym momencie pojawia się zwątpienie, czy decyzja aby na pewno była słuszna. Znam osoby, które żyjąc za granicą nie próbują otwierać się na kontakty z tubylcami, wolą zamykać się w małych grupach z innymi Polakami. Budują swoją polską rodzinę i narzekają wzajemnie na miejscowych. Ja oczywiście do takich osób nie należę. Nie po to opuściłam kraj przenosząc się do innego, który rozmiłował mnie w sobie lata temu, aby teraz tworzyć w Hiszpanii moją małą Polskę. Nie mam tu oczywiście na myśli zamykania się na kontakty z rodakami, a raczej odwrotnie – otwieranie się po prostu na znajomości z innymi nacjami. 

Wspomniałam o pracy. Cóż, nie da się ukryć, że sytuacja na rynku pracy w Hiszpanii nie zachwyca. O zatrudnienie ciężko często samym Hiszpanom, zadanie więc staje się utrudnione, gdy w grę wchodzi obcokrajowiec. Niby nie mam styczności z dyskryminacją na tle rasowym, nie spotykam się raczej z rasizmem, ale wciąż jednak istnieje wielu pracodawców, którzy większym zaufaniem obdarzą rodaka. Dodatkowo, akurat w moim zawodzie do pracy najczęściej wymagany jest język kataloński, którego niestety jeszcze się nie nauczyłam, co stanowi jedną z ważniejszych przeszkód na drodze do zdobycia zatrudnienia. Praca w obcym języku mimo braku bariery językowej może okazać się dużo bardziej stresująca już ze względu na sam fakt braku możliwości posługiwania się językiem ojczystym.  Rozmowa kwalifikacyjna w hiszpańskim to dla mnie wciąż duży stres mimo, iż posługuję się nim przecież biegle. 


Niemiłym odczuciem, z jakim spotykam się, rzadko, ale spotykam, odkąd zamieszkałam na stałe w Barcelonie jest ludzka zazdrość i zawiść. Ale nie taka zdrowa zazdrość, kiedy zazdrościsz, że koleżance udało się wygrać w lotka, czy że znajomy z pracy spędza urlop letni na Karaibach i myślisz „Kurde, ale fajnie, też bym tak chciała.”, zamiast „Jeśli ja nie mam, to on też nie powinien.”. Mówię o zazdrości, która przejawia się nieprzyjemnymi komentarzami na temat tego, jak to ja błogo sobie żyję. Słońce, plaże, wino – w tej Hiszpanii, to ma się wieczne wakacje i nic nie trzeba robić. Nazywam to zazdrością, ale właściwie nigdy nie zastanawiałam się głębiej nad tym, czy to tylko i czy aby zazdrość. Naprawdę tak wielu ludzi uważa, że życie w Hiszpanii to wieczna fiesta i sjesta. Owszem, jest ciepło, są plaże, jest słońce, jest wino i oliwki, ale nawet w tej słonecznej Barcelonie ja również muszę borykać się z problemami życia codziennego. Problemami, których słońce i ładna pogoda nie rozwiążą. Ja również zmagam się z rutyną, która czasami wkrada się w nasze życie i ku zaskoczeniu wielu osób nie leżę plackiem na plaży połowę dni w roku. Zresztą, dlaczego miałabym czuć się winna za coś, na co nie mam kompletnie wpływu? Nie piszę tego po to, aby narzekać, czy żalić się, ale aby przyznać, że Hiszpania to nie wieczne wakacje, a przynajmniej nie dla mnie.

Żyjąc za granicą łapię się na tym, że porównuję wiele rzeczy z tymi polskimi. Czasami zdarza mi się jeszcze przeliczać ceny na nasze polskie złotówki, choć wiem, że zarobki też są różne, więc nie wszystko jest się w stanie przeliczyć jeden do jednego. Ale nie myślę tu jedynie o pieniądzach, a o wszelkiego rodzaju sprawach. I nie wstydzę się przyznać, że coś może być lepsze w Polsce, ale również nie boję się powiedzieć na głos, że niektóre aspekty życia chwalę sobie bardziej w Hiszpanii. Owe chwalenie nie zawsze spotyka się z entuzjazmem odbiorców, a przecież wcale nie chodzi o to, że uważam się za lepszą, ponieważ mieszkam w Barcelonie, a komplementowanie Hiszpanii nie jest wcale wyśmiewaniem Polski. Fakty są faktami, a ja zawsze mam prawo do subiektywnej opinii, o czym chyba wielu ludzi wciąż zapomina, i to czasami tych bliskich.  


Mimo kryzysowych chwil, gorszych dni, czy niektórych trudów, z którymi zmagać się musi prędzej, czy później chyba każdy emigrant, mimo tęsknoty za rodziną i przyjaciółmi, przyznaję, że czuję się lepiej w Hiszpanii i decyzja związana z dylematem: Polska, czy Hiszpania okazała się trafną ze wskazaniem na tę drugą. W ogóle uważam, że emigracja – mieszkanie w obcym kraju, czy to na krótszy, czy dłuższy okres, to cudowna przygoda i mogłabym polecić ją każdemu. W pewien sposób hartuje nas jako ludzi, wzmacnia nasz charakter i przede wszystkim pozwala inaczej spojrzeć na rodzimy kraj, czy nawet świat. Jest to pewnego rodzaju szkoła życia, z której moim zdaniem wyciągnąć możemy wiele pozytywnych lekcji i chłonąć wiedzę na temat innego kraju, jego kultury, zwyczajów i ludzi oraz nauczyć się dopasować do wymogów życia, w których się znajdziesz.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała, jak Wam żyje się na emigracji? Chwalicie sobie, czy raczej tęsknicie za Polską? A ci, którzy mieszkają w mym rodzimym kraju, czy bylibyście w stanie zrezygnować z dotychczasowego życia i zacząć wszystko od nowa w obcym kraju?